„Religia nie ma uczuć” – prawda czy emocjonalny bełkot?

 

„Jestem duchownym. Napisałem książkę. Bo chcę sprowokować. Nie do agresji. Do myślenia. Bo można. Można być wierzącym, ale nie wierzyć w te wszystkie bzdury” – Marcin Holdenmajer „Religia nie ma uczuć”.

Gdy przeczytałam opis tej książki na stronie wydawnictwa Novae Res, wiedziałam, że to lektura kontrowersyjna. A przynajmniej tak mi się zdawało. Gdy jednak zaczęłam czytać, już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że z kontrowersją będzie to miało mało wspólnego. Dlaczego?

 

„Religia nie ma uczuć” to zbiór historii ludzi pokrzywdzonych przez los, których osobiste tragedie miały podłoże w złym definiowaniu wiary. Książka napisana jest bardzo emocjonalnym językiem. Widać dokładnie nastawienie autora do tego, o czym pisze, choć powinien w tej sytuacji być neutralny. Proste, negatywnie nacechowane zdania rzekomo mają grać na emocjach czytelnika, jednak okazują się zlepkiem pustych słów, które w żaden sposób nie intrygują, a wręcz przeciwnie – po prostu nudzą.

 

Książkę można podzielić na dwie części. Pierwsza z nich to przytoczone przez autora historie. Drugą można określić mianem tłumaczenia się autora z tego co napisał. Zacznijmy jednak od początku. Każdy rozdział to osobna historia. Zupełnie inni bohaterowie, zupełnie inne miejsce. Najgorszy w tym wszystkim jest jednak brak chronologii – raz mamy opowieść z XVIII-wiecznej Francji, za chwilę z nowożytnych Niemiec. Zero segregacji, kompozycyjny chaos.

 

Gdy sięgałam po tę lekturę, miałam nadzieję na solidny dokument lub reportaż. Jakże się zawiodłam! Każda z tych historii to spisane z przeróżnych filmów i artykułów opowieści, które już wiele razy były podawane do publicznej wiadomości. Znajdziemy tu historie z innych książek, m.in. „Tajemnicy Filomeny” czy „Kryzysu sumienia”. Czy jest sens sięgać zatem po lekturę, której fabułę już znamy lub możemy przeczytać gdzieś indziej? A przecież byłoby o wiele ciekawiej, gdyby autor dotarł do ludzi pokrzywdzonych, obecnie również jest ich pełno. Porozmawiał, spróbował zrozumieć po bezpośrednim kontakcie. Wówczas być może też dałoby się tę książkę przyporządkować do jakiegokolwiek gatunku.  

 

Każda z tych opowieści opatrzona jest komentarzem autora – pełnym uogólnień, w wielu miejscach podkoloryzowanym na potrzeby lektury. Język, jakim pisana jest książka, jest prosty, można wręcz stwierdzić, że szkolny. Wszystko to sprawia, że tak porywające historie po prostu nudzą czytelnika. Zbyt dużo bezokoliczników, zdania typu: „Sara jest najstarsza. Staje się głosem siostry i brata. Podejmuje decyzję. Zostaną z tatą. Wygrywa rozsądek”. Wszystko to pokazuje, że autorem podczas pisania targały emocje, jednak nie potrafił ich przelać na papier.

 

Autor pomieszał religie, uogólnił ich wyznawców, wrzucił wszystkich do jednego worka. Odniosłam wrażenie, że przez te historie na siłę chciał pokazać, jak bardzo przynależność do jakiegokolwiek kościoła nie ma sensu. W książce mamy do czynienia z islamem, katolicyzmem, protestantyzmem oraz świadkami jehowy – każde wyznanie pokazane w taki sam sposób. Przez to odnosimy wrażenie jakby każda religia była zła, a wszyscy wyznawcy pełni negatywnych intencji. Abstrahując od tych wyznań, które wymienił autor – a co z buddyzmem? Przecież to najbardziej pokojowa religia świata!

 

No właśnie, co o buddyzmie… I co o pozostałych, dobrych stronach religii. Każdy człowiek jest na swój sposób zły. W opowieściach przytoczonych przez autora mamy do czynienia z fanatykami. Trzeba to wyraźnie odróżnić. Przecież równie dobrze, obok tych historii, można było napisać o świadectwach, które umocnią czytelnika w wierze. Bo przecież to jest najważniejsze w każdej religii – wiara w Boga. Wydaje mi się, że autor o tym zapomniał w pierwszej części.

 

Przejdę zatem do drugiej. Autor ujawnia nam się, pokazuje, że jest osobą duchowną – mianowicie pastorem. Zaczyna intrygować. I moim zdaniem to właśnie ta część jest o wiele ciekawsza, choć stanowi zaledwie mały ułamek całej książki. Chętnie przeczytałabym napisaną przez niego książkę na temat wiary. Być może zbiór kazań. Wydaje mi się, że byłoby to o wiele wartościowsze przeżycie niż zbiór luźnych opowiadań i późniejsze tłumaczenie się, że wcale nie chodziło mu o to, że Bóg jest zły, to instytucje otępiają ludzi – gdyby to jeszcze było odkrywcze.  

Dziękujemy wydawnictwu Novae Res za egzemplarz recenzencki. 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska