Pamiętnik Silnej i Niezależnej Kobiety – Siłownia – miejsce, w którym nawet Bear Grylls nie przetrwa

 

Lato się skończyło, a tobie nie udało się zrzucić tych paru nadprogramowych kilogramów? Nie szkodzi! Jest jeszcze Sylwester. Wszystko fajnie, pięknie, ale kiedy przychodzi ten moment, gdy uświadamiasz sobie, że jednak dobrze by było zmieścić się do sukienki o rozmiar albo dwa mniejszą, żeby zaszpanować wśród koleżanek, które zapewne już zaczynają szukać sylwestrowej kreacji i pić obrzydliwe zielone koktajle, no bo przecież zielone to samo zdrowie, to twoje myśli coraz częściej krążą wokół przerażającej myśli... siłownia.

Tak, sam nawet dźwięk tego słowa wywołuje gęsią skórkę na mojej skórze, a dreszcz paniki przebiega po plecach w tę i z powrotem. Naprawdę, ja nie chciałam sięgać po tak ciężki kaliber, ale uznałam, że picie zielonych koktajli od dwóch miesięcy jest jeszcze większą udręką niż chodzenie na siłkę. Ja już nawet patrzeć nie mogę na szpinak, brokuł i wszechobecny jarmuż. Dlatego więc w przypływie heroicznej odwagi i chwilowego przyćmienia umysłu, poszłam wykupić sobie karnet na siłowni.
 

Przekroczyłam w końcu próg instytucji, w której kończy się gwarant wyglądania, jako tako przed treningiem, a zaczyna się walka o przetrwane z kobietami (tak, tymi samymi, co uważają, że jarmuż w każdej postaci i o każdej porze dnia smakuje wybornie) w drogich ciuchach sportowych i tonie makijażu na twarzy, cisnących się do różnych stanowisk, nie patrząc, że taka malutka, skromniutka osóbka, jak ja jest przerażona do granic ludzkich możliwości i zupełnie nie wie, co ma ze sobą zrobić. Wyobraziłam sobie scenkę, kiedy ostatkiem sił dobiegam go orbitreka, odpychając w międzyczasie łokciem jakąś dwudziestkę pełną wigoru i samozaparcia, ale nie mającej tyle doświadczenia, co ja w promocyjnych trikach w sklepach, jednocześnie z łatwością przeskakując nad rękami innej, pokonanej przez dżunglę kobiety, wyciągniętymi jak sidła w kierunku moich stóp innej. Aż się uśmiechnęłam. Tak, mam zamiar być lwicą, wilczycą, a nawet niedźwiedzicą, czy coś w tym stylu. W każdym razie będę nieustraszona. Czekając aż przemiła, uśmiechnięta pani z logo siłowni na koszulce, wyda mi mój karnet, zaczęłam się, o zgrozo, rozglądać. Przysięgam, że w życiu nie widziałam w jednym miejscu tylu protein na oczy! Odżywki w każdym rozmiarze pojemnika, w każdym smaku, mające w środku sproszkowany cud, do którego wystarczy dodać wodę i już jest się pełnoprawnym siłowniomaniakiem. Może też się szarpnę? Spojrzałam więc na batoniki Lewandowskiej z wielkimi napisami: „protein bar”, „0 kalorii”, „0% tłuszczu”. No, co Lewandowskiej mam nie wierzyć? Uwierzyłam i zapłaciłam srogie pieniądze za karnet, proteinowego batona i wróciłam do domu. Na dziś koniec z siłownią. 
 

Minęły już trzy tygodnie, a ja nawet nie przeszłam obok tej siłowni, co sobie w niej karnet wykupiłam. Przyznam, że jakoś się nie złożyło. Albo miałam ciężki dzień w pracy, albo przyjaciółki zabrały mnie na kawusię i ciacho, albo mama zaprosiła mnie na porządny domowy obiad składający się z trzech dań, twierdząc, że na pewno nie mam czasu na gotowanie. Otóż mam, ale mi się nie chce. Nawet baton od Lewandowskiej spoczywał gdzieś samotnie w odmętach szafki. Nie no, serio, trzeba się wziąć za siebie. Sylwestrowa kreacja na pewno nie będzie zbytnio wyrozumiała dla mojego tłuszczyku. Ja tam bym była, ale ona jest bezkompromisowa. Znów w przypływie odwagi poszłam na siłownię. Uznałam, że nie ma co się bać. W końcu nie może być aż tak źle jak mówią, co nie?
 

Nie. Było jeszcze gorzej. Ledwie uszłam z życiem. Do dziś próbuję poradzić sobie z tą traumą. Nawet mój psycholog uważa, że jestem beznadziejnym przypadkiem. Może zacznę od tego, że na tę okazję specjalnie kupiłam sobie strój. Piękny, kolorowy, szpanerski, drogi jak ruski kawior. Co z tego, że po godzinie wyglądał jak wymięta i zmoczona szmata z bazaru. Ale okej, to nie jest takie ważne. Ważniejsze jest to, jakim cudem te wszystkie kobiety o sylwetkach modelek, po tej samej intensywnej godzinie ćwiczeń, wyglądały jakby nie skalały się wysiłkiem fizycznym? Nawet im makijaż nie spłynął... albo spłynął tylko one wymknęły się do łazienki, kiedy akurat nie patrzyłam, bo pot zalewał mi oczy. 
 

Postanowiłam na koniec mojego pobytu w tej dżungli zrobić sobie cardio. Kiedy tak sobie stałam w pewnej poczciwej, o dziwo spokojnej  kolejce, jak za czasów PRL-u, czekając aż zwolni się bieżnia, uznałam, że pójdę poćwiczyć sobie wewnętrzne mięśnie ud. Gdzieś wyczytałam, że do tego najlepsza jest maszyna na przywodziciele i odwodziciele mięśni ud. Dla mnie istnieje tylko jedna nazwa: „ginekolog”. Bo siedzisz, rozszerzając i zbliżając do siebie nogi. Pozycja bardzo wymowna. Więc kiedy próbowałam ruszyć udami, okazało się, że nie działa. Pomyślałam, że znowu coś zepsułam, więc, jeszcze o własnych siłach, zwlokłam się majestatycznie z przyrządu i zaczęłam go oglądać. Wtedy obok mnie pojawił się facet, taki typowy Sebek, wielki jak dąb, z ogoloną głową, masą tatuaży na rękach i w rozciągniętym podkoszulku z Pumy (pewnie taki był jej dizajn, ale dla mnie wyglądał na rozciągnięty). Aż pisnęłam ze strachu. Powiedział, że ciężar jest za duży i trzeba zmniejszyć. Wyciągnął bolec i przełożył o sześć ciężarków w dół! Do dziś zastanawiam się, kto tu ćwiczył. Podziękowałam niemrawo i znów zasiadłam na urządzeniu, jakbym była u ginekologa. Gdy wyszłam z siłowni, żegnając się z uśmiechem, który raczej wyglądał na krzywy grymas bólu, wiedziałam, że jutro nawet palcem nie ruszę. Nie ma mowy. Ale nie można powiedzieć, że nie zaliczyłam sezonu na siłowni, prawda? Z marnym skutkiem, bo prawdopodobnie pojawię się tam może jeszcze ze trzy razy, ale wciąż będę mogła mówić, że „byłam na siłowni”, a to spory wyczyn.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska