Pamiętnik Silnej i Niezależnej Kobiety – Mówisz, że dieta? To ja na to: Zawsze, wszędzie i o każdej porze!

 

Moje drogie panie! To, o czym chciałabym dzisiaj pisać, jest doskonałe w swej prostocie. Mianowicie chodzi o DIETĘ (uznałam, że najlepiej będzie, jeśli napiszę ją wielkimi literami, ażeby nadać jej doniosłości, która jej się bez wątpienia należy i ja to szanuję). My kobiety znamy ten temat od podszewki. Co jak co, ale dla nas to niekończąca się historia pełna heroicznych poświęceń, wspaniałych wzlotów, ale i haniebnych upadków.

Nadchodzi piątkowy wieczór, jestem umówiona na świetne, zapewne niezapomniane spotkanie, pełny makijaż już zdobi moją twarz, otwieram więc szafę, a tam co? No właśnie nic! Nie ma absolutnie niczego, co dałoby się założyć na to zjawiskowe ciało (które już od tygodnia powinno wykorzystać ten karnet na siłownię), żeby wyglądało jak ósmy cud świata. Przekopuję się przez tonę ubrań, komentując pod nosem, że w tej bluzce byłam u cioci na imieninach, w tej sukni w kolorze magenty robiłam łał i szał na weselu przyjaciółki, a w tej spódnicy pojawiłam się na wystawie w domu kultury. Generalnie nie mam się w co ubrać. Jednakże nie daję za wygraną i schodzę jeszcze kilka metrów dalej. I w końcu mam! Zapomnianą kreację ze studniówki, która dziś, właśnie dziś, ma przeżyć swoją drugą młodość. 


Pełna entuzjazmu zakładam sukienkę, ale jest pewien problem... pomimo moich usilnych starań i przepięknej wiązanki epitetów kierowanej do kreacji, nie potrafię się, o zgrozo, zapiąć! Oczywiście nie biorę pod uwagę obecności kilku nadprogramowych kilogramów, więc na siłę wbijam się w sukienkę. I tutaj napotykam kolejny problem... zamek perfidnie strzela i nie da się go naprawić, a ja za pięć minut muszę wychodzić z domu. Właśnie tego wieczoru uświadamiam sobie, że potrzebna mi dieta (nie wiadomo już, która z kolei, ale to nieważne). Od jutra zacznę się odchudzać!


Pierwszy dzień: uzbrojona w butelkę z wodą mineralną ruszam na joggingowy podbój osiedlowego parku. Przez dwie pierwsze minuty uśmiecham się do napotkanych sąsiadów, dumna z tego, że robię coś w kierunku lepszej sylwetki i wcale nie widzę tych pełnych podziwu spojrzeń kierowanych w moją stronę. Gdy nadchodzi piąta minuta, zaczynam czuć pierwsze oznaki niedotlenienia, a kiedy przebiegam siódmą minutę, ledwo stoję na nogach. Stóp to ja praktycznie nie podnoszę, więc cud, że jeszcze z twarzą docieram do swojego mieszkania. Na dziś koniec. Siedem minut to przecież całkiem niezły wynik. Nie można się przetrenowywać, czyż nie?


Drugi dzień: idę na lunch z przyjaciółką i jako że jestem fit i w ogóle, to zamawiam super hiper zdrową sałatkę z jarmużu, z jakimś wyschniętym burakiem pokrojonym w paski. Samo powąchanie wystarcza, żebym pożałowała swojego wyboru. No nic, trzeba było ją zjeść, bo płacę za tę jedną sałatkę więcej niż za cały powiększony McZestaw. 


Trzeci dzień: zapominam oddać sąsiadce to żelazko, które mi wczoraj pożyczyła, więc szybko udaję się na trzecie piętro do przemiłej pani Basi. Pani Basia znana jest ze swojej gościnności, więc gdy zaprasza mnie na kawkę i ciastko, to muszę odmówić, dlatego wchodzę do jej mieszkania i dostaję kawę (posłodzoną i z mlekiem, no bo jak to, bez cukru i mleka) oraz ciacho z masą kremu w środku. Grunt to być asertywnym. 


Czwarty dzień: zaglądam do lodówki, z której pozbywam się wszystkiego, co zawiera zbyt dużo kalorii. Właśnie patrzę na marchewkę, liść sałaty i wafle ryżowe, samotnie leżące na półce lodówki. Nie wiem, co te wafle tam robią. Uznaję, że wczorajsza kawa i ciastko to był zły pomysł, dlatego chcę wyrównać nadwyżkę kaloryczną. Mam zamiar pić tylko wodę, bo na te wafle ryżowe to ja nawet patrzeć nie mogę. Zaczynam przeglądać media społecznościowe, zerkam na zegar, kiedy nagle czuję burczenie w brzuchu – minęło dziesięć minut. Jak tak dalej pójdzie, to długo nie pociągnę. Wypijam łyk wody, żeby oszukać mózg i biorę się za opłacanie rachunków. Gdy myśl o pysznym kebabie w cieście pojawia się w mojej głowie, znowu spoglądam na zegar, żeby sprawdzić, czy już spaliłam dostatecznie dużo kalorii minęły dwie minuty. Dochodzę do wniosku, że nie ma sensu dłużej się męczyć i zamawiam sobie kebaba z dostawą do domu. 

 

Tyle z tej mojej diety...

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska