„Nad Czarnym Jeziorem” — Trudne emocje z bardzo bliskiej odległości [RECENZJA]

11/03/2018

Gdy człowiek staje oko w oko ze śmiercią, i to śmiercią ukochanej osoby, jest zmuszony zweryfikować własne życie. I takiej właśnie weryfikacji – bolesnej, rozdzierającej, bez wyraźnej puenty – poddani są bohaterowie spektaklu „Nad Czarnym Jeziorem”, który grany jest przez aktorów Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie.

W maleńkim Studiu 61 na warszawskim Powiślu przez ponad godzinę bez żadnej przerwy widz staje się bliskim świadkiem próby rozprawienia się z dramatem po stracie dzieci. Spotkanie ich rodziców, dwóch małżeństw znających się od czterech lat, przyjaźniących od dwóch, staje się jednak nie tylko rozpaczliwą próbą zrozumienia motywacji dwójki nastolatków, którzy odebrali sobie życie, ale również swoistą wiwisekcją, której poddane są małżeńskie relacje, życiowe wybory, zawiedzione oczekiwania i  zaprzepaszczone możliwości.

 

Dramat śmierci dziecka

 

Rozpoczyna się z pozoru niewinnie: jedno małżeństwo składa wizytę drugiemu, uśmiechają się, wspominają jakieś wesołe spotkanie sprzed lat. Jednak ich uśmiechy są wymuszone, a zdania rwą się tak, jak wtedy, gdy ktoś niechcący przywoła w towarzystwie zmarłego i nie wie, jak i czy wypada kontynuować to, co miało się zamiar powiedzieć. Istotnie – w spotkaniu uczestniczą nie tylko 4 obecne osoby, ale też ci, których już nie ma. Fritz i Nina. Syn Cleo i Eddiego oraz córka Else i Johnnego. Cztery lata temu popełnili samobójstwo, pozostawiając rodziców z nonszalanckim „to tu jest niefajne” w krótkiej pożegnalnej notce, w której nota bene wcale się nie żegnają.

 

Pierwsza część spektaklu pokazuje różne sposoby na poradzenie sobie z tragedią, tym bardziej wyraziste, że aktorzy, niczym na terapii grupowej konfrontują je ze sobą, wzajemnie się prowokują, by pożywić głód pytań bez odpowiedzi i zasypać pustkę po stracie.

 

Else (Magdalena Szejbal)  neurotyczna, rozedrgana i nieporadna, rzuca na oślep hipotezami, licząc, że któraś z nich uczepi się prawdy i przynosząc wyjaśnienie tych śmierci, pozwoli życiu toczyć się dalej.

 

Cleo (Agata Kulesza)  wydawałoby się, że jej życie toczy się swoim zwykłym rytmem, początkowo zdystansowana i spokojna, stopniowo odsłania przed innymi, że ból, z którym się mierzy, jest tak wielki, że nie potrafi go wyartykułować, a przez to przeżywa go wyłącznie w sobie, jakby z obawy, że rozsadzi jej życie, gdy wydostanie się na zewnątrz.

 

Johnny (Wojciech Brzeziński)  mąż Else, małomiasteczkowy pozer, goniący za własnymi pragnieniami, wydaje się być skupiony wyłącznie na wspieraniu żony i tylko w nielicznych przebłyskach pokazuje naturę własnej żałoby.

 

Eddie (Sławomir Maciejewski) – mąż Cleo i jej przeciwieństwo, lekkoduch, który jako jedyny zdaje się nie czerpać treści życia z wydarzenia śmierci syna sprzed czterech lat, lecz żyje tu i teraz; tak, jak za życia Fritza i Niny, tak teraz bujając w obłokach i nie poddając krytyce swojej roli ojca i męża.

 

Zamknięty krąg ułomnych miłości

 

W drugiej części spektaklu bohaterowie snują dużo dalej idące refleksje, które sprowokowane przez śmierć dzieci rozlewają się na zewnątrz. Warto zwrócić uwagę, że teraz aktorzy siadają w jednej linii obok siebie i w pozornym dialogu opowiadają o swoich dawnych marzeniach, obecnych frustracjach, niedopasowaniu i samotności w małżeństwie, utraconych możliwościach – nie wiadomo, czy faktycznych, czy nie – stosunku do dzieci i własnej realizacji jako rodzica. Od czasu do czasu zrywają się pojedynczo z krzeseł przechodząc do monologu, jakby to, co przeżywają, nie mogło się zmieścić w rozmowie, jakby było niemożliwe do przekazania innym osobom. Te właśnie momenty odsłaniają najmocniej rdzeń osobowości każdego z bohaterów, są najbardziej głębokie i prywatne.

 

To w tej części razem z aktorami snujemy refleksję nad ułomnością naszych relacji, nad egoizmem decyzji, strachem wobec podjęcia innych i nieodwracalność tych już podjętych. Widzimy cztery osoby, które uwikłane są w sieć mniejszych i większych dysfunkcji. Czy to możliwe, by deficyty rodziców, jako rodziców i jako małżonków, doprowadziły do samobójstwa ich dzieci? Jak dalekie konsekwencje niesie konieczność zmierzenia się z takim doświadczeniem? Czy pozbawienie złudzeń wobec własnego życia, zupełne obnażenie jego daleko idącej niedoskonałości może jeszcze na tym jego etapie być impulsem do zmiany? Czy wręcz przeciwnie – sprawi, że złudzenia okażą się jedynym jego spoiwem, bez którego rozpadną się i pozbawione dotychczasowego reżimu potoczą w nieznanym kierunku.

 

Popis aktorskich umiejętności

 

Sztuka, której autorką jest niemiecka dramatopisarka Dea Loher to ogromne aktorskie wyzwanie. Napisana białym tekstem pozostawia aktorom ogromne pole manewru, by nadać postaciom konkretnego charakteru. Natomiast od strony technicznej jest polem minowym, gdyż będąc tekstem ciągłym, niesie ryzyko nadmiernego skupienia się aktora na artykulacji tekstu i pilnowania, by wejść precyzyjnie w odpowiednim momencie. Przez to aktorzy muszą być zgrani jak kwartet i biec razem doskonale zgranym tempem jak w kwadrydze, gdyż, jak twierdzi Agata Kulesza, „jeśli jedno się przewróci, to reszta też leży”.  

 

Z ulgą można stwierdzić, że aktorzy poruszają się po tym polu minowym z dużą wprawą, dzięki czemu początkowe napięcie widza związane z formą sztuki mija i zastępuje je napięcie, które jest jej właściwym owocem, zrodzone z przeżywania tego, co doświadczają Cleo, Eddie, Else i Johnny. I choć stworzenie wyrazistych i autentycznych postaci z pewnością nie było łatwe, to i z tego zadania aktorzy wychodzą obronną ręką. Mając do dyspozycji tylko słowa, nadają tyle wyrazu mikrogestom, mimice, spojrzeniom, że całość w zupełności wypełnia każdą postać i nadaje klarowność jej emocjom. Niezaprzeczalną mistrzynią tego zadania jest Agata Kulesza i z wszystkich innych powodów już dla samej jej interpretacji warto pójść na ten spektakl.

 

Reżyserka Iwona Kempa zdaje się tylko pomagać aktorom w osadzeniu postaci, kierując to, co się dzieje na scenie, w bardzo subtelny i niemal niewidoczny sposób. Na scenie, którą aktorzy dzielą z publicznością, nie ma żadnej scenografii ani rekwizytów poza wspomnianymi krzesłami: czterema dla aktorów i dwoma, jak się może wydawać dla wielkich nieobecnych spotkania – Niny i Fritza. Także pojedyncze snopy białego światła nic nie sugerują, a jedynie w sensie dosłownym naświetlają to, co się odgrywa na scenie. Zarówno same postaci, jak i pustkę pomiędzy nimi.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska