Muzyczne ewolucje: Green Day

20/08/2017

 

Od dzieciaków do gigantów światowego punka. Historia zespołu Green Day to opowieść o niezwykłej walce i poświęceniu muzyce, przeplatana problemami z narkotykami i osobistymi tragediami. Jako pierwsi zaszli tak daleko, by móc otworzyć drzwi do kariery innym zespołom.

Wszystko zaczęło się w 1983 roku. Billie Joe Armstrong i Mike Dirnt mieli wówczas po 11 lat. Przypadkowo spotkali się w szkolnej stołówce i zaczęli przyjaźnić. Nie mieli łatwego dzieciństwa. Billie był najmłodszym z szóstki dzieci młodej kelnerki, rodzina była biedna, dzieci tak naprawdę wychowywały się same. Mike był dzieckiem narkomanki, która oddała go do domu dziecka zaraz po porodzie. Ci dwaj chłopcy doskonale się rozumieli i wspierali w ciężkich chwilach. Łączyło ich coś jeszcze – miłość do muzyki. Codziennie po szkole kradli płyty rodzeństwu Billie’ego i słuchali ich do późnych godzin wieczornych. Jak sami wspominają, zaczęli komentować co im się podoba, a co można by zmienić, żeby całość brzmiała lepiej. Wtedy właśnie wpadli na pomysł, by założyć zespół. Billie grał na gitarze, natomiast Mike na gitarze basowej. Przez kilka lat uczyli się grać i śpiewać. Doskonalili swoje umiejętności i planowali przyszłość związaną z muzyką. W 1987 roku postanowili powiększyć swój zespół, zaczęli szukać perkusisty. W końcu poznali Johna Kiffmeyera. W tym samym czasie ich zespół otrzymał pierwszą nazwę „Sweet Children” – była to nie tylko ironia i odniesienie do jednej z ich piosenek. Tak naprawdę świadomie wybrali nazwę o delikatnym i nieprofesjonalnym brzmieniu, starsze kapele nie traktowały ich przez to jak konkurencje, nie próbowali z nimi walczyć. Krytycy też nie zawracali sobie nimi głowy, w końcu kilka dzieciaków z gitarami to nie jest sensacyjny temat. Podczas gdy wszyscy mieli ich za Słodkie Dzieciaki, oni robili to, co kochają najbardziej i doskonalili swoją muzykę. Szansę na pokazanie się dał im jeden z lokalnych klubów „924 Gelman Street”. Grali tam i śpiewali za każdym razem, gdy tylko chcieli. Właściciel klubu powiedział kiedyś, że dał im szanse, bo nigdy nie wiedział dzieci z takim zapałem do muzyki. Po kilku miesiącach wszyscy uwielbiali już Sweet Children, otwierali każdą imprezę w klubie „924 Gelman Street”. Za ich przykładem spróbowały się tam pokazać też inne kapele, to miejsce stało się otwarte na każdy zespół, który tylko zapytał czy może zagrać. Gdy mieli po 16 lat wytwórnia Lookout postanowiła wydać ich pierwszy album, zupełnie za darmo. Byli oczarowani ich muzyką. Na trzy tygodnie przed premierą zespół postanowił zmienić nazwę na „Green Day”, wtedy wydało się to szaleństwem, zarówno dla właścicieli wytwórni jak i dla ich przyjaciół. Mają wydać płytę, wszyscy znają ich jako Sweet Children, a tu nagle zmieniają nazwę na jakieś Green Day, gdzie nikt nie będzie wiedział o kogo chodzi. Dla wytwórni było to spore ryzyko. W końcu Sweet Children miało już grupę swoich fanów, w lokalnej społeczności byli już gwiazdami. Na początku kwietnia w 1989 roku, po długich bataliach o nazwę między zespołem a wytwórnią, ukazał się pierwszy album Green Day o nazwie „1,000/hours”. Kolejny album „Slappy” nagrali w przeciągu jednego weekendu. Chłopcy chcieli. by premiera odbyła się w ich ukochanym klubie „924 Gelman Street”. Właściciel wytwórni ostatecznie się zgodził, wziął ze sobą płyty na sprzedaż i wyruszyli do klubu. Do dziś nie wierzą w to, co tam zastali. Kolejka do wejścia ciągnęła się przez całą długość ulicy. Ponad 800 osób chciało zobaczyć Green Day. Tego wieczoru sprzedali wszystkie płyty. I właśnie wtedy do gry wkroczyli krytycy. Wszyscy byli zaskoczeni, że piosenki, które sami pisali były tak dojrzałe i głębokie, a w końcu nadal byli dziećmi. Krytycy stwierdzili zgodnie, że Green Day to świetny zespół, ale ma za mały budżet. Gdyby nie to, już byliby gwiazdami światowego formatu. Jak mówił Billie to właśnie z ukazaniem się drugiej płyty i jej recenzji zaczął się kształtować ich kierunek w muzyce.

 

Na początku 1990 roku zespół porzucił John Kiffmeyer, wyjechał na studia i stwierdził, że nie chce dalej być muzykiem. Jego miejsce zajął Tré Cool. Dzięki niemu występy zespołu wzniosły się na wyższy poziom. Tré miał prawdziwy talent, grał na perkusji o wiele lepiej niż John. Ponadto dużo bardziej pod względem wizerunku i charakteru pasował do Green Day. Do dziś zaraz po Billim jest najbardziej rozpoznawalnym członkiem zespołu. Pierwszą płytę w nowym składzie (tym, który znamy do dziś) wydali w 1992 roku, album nosił nazwę „Kerplunk”. Co ciekawe, na tej płycie znajdują się 3 piosenki, które Billie i Mike stworzyli jako dzieci, na samym początku ich znajomości. Green Day wyruszył w trasę koncertową po Europie, zdobywali kolejnych fanów, zaczęło być o nich głośno. Chociaż może się wydawać, że zdobyli już sławę i pieniądze, to wcale tak nie było. Nadal żyli w biedzie. Wytwórnia wypłacała im pieniądze, ale nie mieli szans się za nie utrzymać. Właściciel Lookoutu powiedział kiedyś: „Nie wiem jak udało im się przeżyć między 1990 a 1992 rokiem bez żadnej dodatkowej pracy”. Trasę koncertową po Europie tak naprawdę zorganizowali sobie sami, jeździli autostopem na koncerty w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Spali w pustostanach i garażach. Najlepszym dowodem na to, że warunki były naprawdę kiepskie jest fakt, że złapali wszy podczas owej trasy koncertowej. W ciągu 3 miesięcy dali ponad 60 koncertów, za większość z nich nawet nie wzięli pieniędzy, dla nich liczyło się to, że się pokazali. Wrócili do Stanów i w końcu postanowili zmienić wytwórnię na bardziej znaną, zamienili Lawrence’a Livermore’a i Lookout na muzycznego giganta, czyli wytwornię Warner. Dzięki temu kontraktowi nagle dostali ogromne pieniądze, dostęp do studia, nowe instrumenty oraz dystrybucje płyt do Europy. Nie musieli się już martwić koncertami i trasami, bo teraz wszystko organizowała wytwórnia. Tak naprawdę to właśnie w tym momencie zaczęła się ich prawdziwa kariera.

 

Pisali piosenki tak dobre jak Nirvana, tylko znacznie weselsze i bardziej przyziemne. Śpiewali o zwyczajnych ludzkich problemach, o biedzie, narkotykach, kłopotach nastolatków. Nie dotykali wielkich spraw. Zresztą szkoda, żeby grupka tak młodych osób, jakimi byli, śpiewała o politycznych problemach kraju – do takiej muzyki musieli po prostu dorosnąć. W końcu zaczęli pisać o czymś poważniejszym, piosenka „Welcome to Paradise” wyróżniała się na tle ich dotychczasowego dorobku. Wyszła poza problemy nastolatków i dorastających Amerykanów. Co prawda nie był to jeszcze utwór polityczny, z jakich teraz słynie Green Day, ale niewiele jej brakowało. Po śmierci Kurta Cobaina, lidera Nirvany, w świecie muzyki zaczęło brakować zespołu, który inaczej postrzega świat. Nirvana przez lata stała na szczycie, żaden zespól nie mógł się z nimi równać, jednak samobójstwo Cobaina zmieniło wszystko, teraz to właśnie Green Day zajął miejsce Nirvany, zabrali nawet sporą część ich fanów. Muzyka Green Day na stałe zagościła w radiu i telewizji. W 1994 roku znacznie rozsławił ich festiwal Woodstock. Rzucanie błotem i popisy na scenie pokazywali w każdych amerykańskich wiadomościach. Radość ludzi pod sceną i ich reakcja na muzykę Green Day przez wiele dni nie znikała z telewizji w Stanach Zjednoczonych. Każdy festiwal musi mieć swoją gwiazdę, w 1994 roku na Woodstocku zostali nią właśnie oni.
 

 


Nagrywali jedną płytę za drugą, ich albumy ukazywały się w naprawdę szybki tempie. Wszyscy wiedzieli, że to zasługa metaamfetaminy, oni praktycznie nie spali. Ciągle pisali, grali, koncertowali, mieszkali razem, nie rozstawali się. W końcu pojawił się album „Insomniac”, znacznie cięższy, trudniejszy w odbiorze i zupełnie inny niż wszystkie do tej pory, gorszy pod tym względem, że nie ma żadnego znanego przeboju, który chętnie puściłoby radio czy MTV. Słychać w nim agresje, ich zmęczenie i nadmiar narkotyków. To nie była już wesoła, motywująca muzyka. Całość wyszła dość ponuro. Było to delikatnym sygnałem, że zespół zmierza ku upadkowi. Mike zaczął miewać ataki paniki, a Billie Joe cierpiał z powodu stanów lękowych. Nie nagrywali już tylu piosenek co wcześniej, koncertowali dużo mniej, praktycznie wcale. Wytwórnia wręcz zmuszała ich do koncertów i wysyłała w trasy koncertowe. W 1996 roku, przez wycieczenie organizmu Armstronga, musieli przerwać jedną z Europejskich tras koncertowych. Zaczęły się spekulacje, że lider Green Day ma poważne problemy z narkotykami i było oczywiste, że bez niego zespół nie będzie istniał. Przez ponad rok odpoczywali, zarówno od muzyki, jak i od siebie nawzajem. Spędzali czas ze swoimi dziećmi i żonami. Nie myśleli o muzyce. Takim podejściem bardzo zawiedli swoich fanów. Jednak w końcu uznali, że muszą powrócić i zaczęli szykować kolejny album. Zespół ponownie pracował na najwyższych obrotach, a ich nowa płyta stała się hitem. Ludzie wybaczyli im przerwanie trasy koncertowej i roczną przerwę. Na płycie znajdowało się dużo więcej popowych kawałków, zarzucono im, że się sprzedali, że tworzą piosenki pod wytwórnię, że nie są już sobą, ale oni się tym nie przejęli. Dzięki kilku popowym piosenkom zarobili dużo więcej niż na punku.

 

Bille Joe postanowił diametralnie zmienić styl muzyczny zespołu Green Day, chociaż Mike i Tré nie byli zadowoleni jego pomysłami, to jednak wprowadzili je w życie. Armstrong doskonale wiedział, że większa różnorodność w piosenkach przyniesie im nowych fanów, a starzy i tak ich nie porzucą, bo duch zespołu został zachowany. I tak powstał fenomenalny album „Warning”. To płyta tylko i wyłącznie Billie’ego Joe. Mike i Tré tylko w niej grają, nie chcieli, ale zrobili to dla przyjaciela i dla zespołu, chociaż uważali, że Green Day na takiej muzyce tylko ucierpi. Stało się zupełnie inaczej. Album „Warning” uznawany jest za jeden z najlepszych jakie wydali. Chwilę później nagrali kolejny, równie sławny. Kolejna płyta pojawiła się tak naprawdę w połowie promocji albumu „Warning”. Fakt, że taka wytwórnia jak Warner wydaje jeden album za drugim może wskazywać tylko jedno: chcą jak najwięcej zarobić na Green Day, bo przewidują jego szybki upadek. Właściciele Warnera widzieli, co się dzieje, narkotyki nadal były obecne w zespole, dodatkowo jego członkowie mieli potężną depresję z powodu zamachów 11 września, których byli świadkami. Znów pojawiły się plotki o końcu Green Day. Zespół miał kolejną, jednak dużo krótszą przerwę. Poszli na odwyk. Później zastanawiali się, jaką wydać kolejną płytę, o czym chcą śpiewać i czy nadal chcą. Tak narodził się ich najlepszy ze wszystkich album „American Idiot”. Nad tą płytą pracowali niemal każdego dnia przez 15 miesięcy. Kupili własne studio, by móc pracować bez przerwy i ograniczeń. Praktycznie z niego nie wychodzili, to ich rodziny przyjeżdżały do nich, by spędzić razem trochę czasu. „American Idiot” to krytyka amerykańskiej popkultury. Ma niezwykle polityczny wydźwięk. Jest wyjątkowo dojrzała.

 


Od tego momentu tworzą niemalże tylko utwory polityczne, niektóre dosadne, inne nie do końca wypowiedziane wprost. W każdej kolejnej płycie słychać cząstkę „American Idiot”. Ta płyta utrzyma ich na fali jeszcze przez kilka dekad. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Billie Joe to nie tylko świetny muzyk, ale w szczególności wybitny tekściarz. Gdyby nie słowa i przekaz, ich muzyka nie byłaby tak ważna i tak piękna.
Członkowie zespołu Green Day mieli swoje problemy, przerwy. Jednak udało im się, bo podchodzą do muzyki naprawdę poważnie. To ona zawsze była i będzie dla nich najważniejsza.

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska