Fenomen filmów Damiena Chazelle’a. W czym tkwi ich magia?

 

Damien Chazelle jest niewątpliwym fenomenem reżyserskim ostatnich lat. Debiutował w 2009 roku niezbyt znanym filmem „Guy and Madeline on a Park Bench”, by w 2014, w wieku niespełna trzydziestu lat, wypuścić „Whiplash”, przy okazji zgarniając trzy statuetki Oscara.

Nie przerywając dobrej passy, wyprodukował „La la land”, do swojej puli oscarowej dopisując kolejnych sześć statuetek. W 2018 roku na ekrany wszedł „First Man” i wszystko wskazuje na to, że i on powtórzy sukces swoich poprzedników. Chociaż te trzy filmy wydają się bardzo różne, istnieje coś, co silnie je łączy.


Uwaga, artykuł zawiera spoilery.

 

Zacznijmy od „Whiplash”.

 Źródło: https://www.youtube.com/user/MovieclipsCOMINGSOON/videos

 

Film ukazuje dość prostą w swojej konstrukcji historię i powiela ukochany przez kino schemat mentora i ucznia. Uczniem jest w tym wypadku młody perkusista Andrew,  który chciałby stać się najlepszym z najlepszych. Jego mentorem zostaje Fletcher, starszy nauczyciel w akademii muzycznej, stosujący wobec swoich podopiecznych bardzo niekonwencjonalne metody. Andrew z każdym momentem przekonuje się, że by osiągnąć swój cel, nie wystarczy nawet maksimum potu, krwi i łez – należy wycisnąć z siebie jeszcze więcej. Metody Fletchera daleko wykraczają poza zwykłe szlifowanie talentu i działanie na ambicję – one wręcz wykańczają emocjonalnie młodego perkusistę, odczłowieczają, poniżają. Trafiają jednak na podatny grunt – pasja Andrew jest momentami chora i maniakalna. Obaj panowie tworzą dynamiczny duet, a napięcie w scenach z nimi wykracza ponad skalę.

 

To nie jest ciepła opowieść o muzyku, który radzi sobie z różnymi kłodami rzucanymi pod nogi, żeby robić to, co kocha. To opowieść o niszczącej człowieka ambicji, o marzeniu, widmie kariery, które przeradza się w jedyny ważny cel życia, w dodatku zostawia nas z bardzo niejednoznacznym zakończeniem. Andrew się w końcu udaje, ale osobiście nie jestem przekonana, że stanie się dzięki temu spełnionym, szczęśliwym człowiekiem.


To film genialny zarówno, oczywiście, muzycznie, jak i wizualnie, ale także ze względu na kontrowersje, które rodzi. Bo czy metody, które stosował Fletcher, były właściwie potrzebne? Czy dzięki nim Andrew przekraczał siebie, żeby osiągnąć ideał, czy był pogubionym dzieckiem z ogromnym talentem, które trafiło w szpony oprawcy? Niezależnie od stanowiska, nie porzucajmy myśli o marzeniach i celu trudnym do osiągnięcia, bo właśnie to będzie również stanowiło oś drugiego filmu – „La la land”.

 Źródło: https://www.youtube.com/user/LionsgateLIVE/videos


Produkcja wywołała ogromny szał w okolicach gali oscarowej w 2017 roku (wystarczy wspomnieć feralną pomyłkę przy ogłoszeniu wyników w kategorii „Najlepszy film”) i właściwie nadal rodzi sprzeczki oraz ostre wymiany zdań. To kolejny film Chazelle’a o dość prostej strukturze – ścieżki dwojga marzycieli przecinają się w Los Angeles, mieście, w którym wszystko się może zdarzyć, ale bardzo trudno wybić się ponad grono ludzi o tych samych pragnieniach. Ona chce zostać aktorką, on – otworzyć własny klub z muzyką jazzową. Oboje chodzą z głowami w chmurach, zdając sobie sprawę, że ich marzenia nie są łatwe do spełnienia, ale wydają się kluczowe, aby osiągnęli prawdziwe szczęście. Podobne patrzenie na świat bardzo ich łączy, gdy zostają więc parą, jedno stara się z całej siły wspierać drugiego, i na odwrót. Szybko się jednak okazuje, że to, co ich tak mocno do siebie przyciąga, równie mocno ich dzieli. Zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie mogą mieć jednocześnie siebie oraz wymarzonych karier i niezależnie od tego, co wybiorą, będą szczęśliwi tylko połowicznie. To, co liczy się dla nich bardziej, pięknie wybrzmiewa w pełnej emocji piosence wyśpiewanej przez Emmę Stone podczas jednego z castingów jej bohaterki. Oboje porzucają zatem miłość na rzecz rozwoju samych siebie, skazując się z jednej strony na cierpienie, z drugiej – mogąc w końcu rozkoszować się tym, czego od zawsze chcieli.


Nietrudno zauważyć pewien wzór, jakim gra tutaj reżyser filmu, a który przypomina to, co już znamy z Whiplash. Znów dostajemy dzieło na temat marzeń i wyboru drogi życiowej. Jednak podczas gdy młody, od początku zdeterminowany perkusista i jego mentor wydają się wyznawać zasadę, że cel uświęca środki, bohaterowie „La la land” to ludzie zdający sobie sprawę z konsekwencji wyboru pragnień zamiast miłości i jest to dla nich bardzo trudna decyzja.


Film gra piękną muzyką, ale również niestandardowymi efektami wizualnymi, które mają być hołdem dla tradycyjnego musicalu. Sceny pchające fabułę do przodu przeplatają małe muzyczne etiudy, poświęcone tańcu czy – jak scena końcowa –    możliwej relacji głównych bohaterów.


I gdy wydaje się, że w temacie marzeń wiemy już wszystko, Damien Chazelle tworzy pozornie niepodobny do dwóch poprzednich film.

 Źródło: https://www.youtube.com/user/UniversalPictures/videos

 

Pierwszy człowiek” jest biografią Neila Armstronga, a centrum wydarzeń stanowią prace nad projektami Gemini i Apollo, mającymi wynieść na prowadzenie Stany Zjednoczone w zimnowojennym wyścigu kosmicznym. Nie ma tu jazzu, nie ma tu zbyt dużo muzyki, jest za to człowiek, którego życie i kolejne żałoby nie oszczędzają. Od momentu, kiedy po przekroczeniu samolotem atmosfery udaje mu się bezpiecznie wylądować, jego wielkim celem życiowym staje się pomoc NASA w podboju kosmosu, a w końcu lądowanie samemu na Księżycu, co ostatecznie zmienia losy świata. Neil nie jest jednak samotną, oderwaną od rzeczywistości wyspą dobrej passy. Ma także żonę i wydaje się, że gdyby nie ona, świat mężczyzny runąłby bardzo szybko. To ta kobieta stara się być ostoją, gdy ginie ich córka, to ona zostaje z dziećmi w domu przy wszystkich lotach próbnych, odchodząc niemal od zmysłów, gdy słucha transmisji radiowej, siedząc jak na szpilkach. To w dużej mierze dzięki niej Neil może spełniać się w podążaniu za marzeniami, nie tracąc przy okazji rodziny i kontaktu z dziećmi. I to dlatego, gdy śledzimy losy ich życia rodzinnego, tak dobrze rozumiemy to, co niewypowiedziane zawisło między parą w powietrzu pod koniec filmu.
Mimo to Armstrong nie ma łatwej drogi. Kolejne nieszczęścia, które przydarzają się ludziom wokół niego, zamiast go jednak zniechęcać, sprawiają, że staje się coraz bardziej zdeterminowany. Coraz więcej ryzykuje, coraz mniej czasu poświęca uczuciom reszty rodziny. Nie przekracza tylko swoich granic – przekracza granice możliwości ludzkich w hołdzie dla córki, której choroba nigdy nie dała na to szansy.


Damien Chazelle swoimi filmami tworzy swego rodzaju trylogię poświęconą marzeniom. „Whiplash” jest historią człowieka dążącego do samospełnienia poprzez realizację pragnień – marzenie kontra ja. „La la land” opowiada o trudności w wyborze pomiędzy samospełnieniem a wielką miłością – marzenie kontra my. „Pierwszy człowiek” to z kolei historia o zderzeniu się pragnień z życiem rodzinnym, ale także możliwościami świata – marzenie kontra wy kontra oni. To nie są ciepłe, urocze historie o tym, co jest w życiu ważne. Te filmy ukazują raczej, że nie ma łatwych wyborów, łatwych decyzji życiowych, że spełnienie marzeń jest często okupione cierpieniem i że niekoniecznie prowadzi do absolutnego szczęścia. Nie mówią niczego wprost, nie dają jednoznacznych morałów. I może właśnie dlatego tak chętnie je oglądamy.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska