Gdyby filmy mogły pachnieć, „Czwarta władza” miałaby zapach druku [RECENZJA]

 

Podczas gdy w ostatnich latach Oscary były pełne poprawnych politycznie obrazów, w tym roku nominowany został film „Czwarta władza”, który ze względu na swoją tematykę można określić mianem powrotu typowo amerykańskich produkcji na piedestał Akademii. Najnowsze dziecko Stevena Spielberga jest od początku do końca utrzymane w klimacie american dream, pomijając kalifornijskie palmy i czerwone kubki wprost z imprezy uniwersyteckiego bractwa.

Już sam tytuł „Czwarta władza” oddaje hołd dawnemu postrzeganiu mediów. W filmie mowa o dziennikarstwie, prawdziwym z krwi i kości, z misją, jednak dalekim od ideałów. Cofamy się w czasie do lat sześćdziesiątych, gdy na rynku medialnym w Stanach Zjednoczonych liczyły się przede wszystkim dwa tytuły: wierny tradycji „The Washington Post” oraz idący z duchem czasu jego największy konkurent „The New York Times”. Gazety, które obecnie nadal mają ogromną renomę na całym świecie. Spielberg pokazał natomiast czasy, gdy ich wydawcy balansowali nad przepaścią i ryzykowali wiele w zamian za wolność słowa.

 

„Czwarta władza” rozpoczyna się sceną jak z typowego amerykańskiego filmu, mianowicie jesteśmy świadkami wojny w Wietnamie, w której brała udział armia amerykańska w ramach współpracy ONZ. Była to misja, której sprzeciwiało się wielu Amerykanów. W ręce dziennikarzy trafił natomiast tajny raport, który pogrąża aktualnego prezydenta Nixona i jego kilku poprzedników. Redaktorzy i wydawcy stają przed tragicznym wyborem – sprzeciwić się władzy i zaryzykować przyszłość gazety, czy publikować w imię ideałów. Już sam ten wybór stanowi obraz całego filmu – patosu o traktowaniu mediów jak czwartej władzy i obronie pierwszej poprawki dotyczącej wolności prasy.

 

Historia ukazana w filmie przypomina czasy, gdy tego typu produkcje błyszczały podczas Oscarów. Te czasy jednak dawno przeminęły, o czym świadczą zaledwie dwie nominacje dla „Czwartej władzy”. Co prawda film otrzymał nominację do głównej kategorii, zapewne jednak przepadnie. Pozostawia jednak nadzieję na to, że za jakiś czas być może znów ujrzymy triumf prawdziwych ideałów w Dolby Theatre. „Czwartą władzę” natomiast może obronić Meryl Streep, która niemalże jak co roku otrzymała nominację dla najlepszej aktorki. Choć wydawać się może, że wyłącznie dzięki nazwisku, trzeba przyznać, że rolą wydawczyni „The Washington Post” tym razem zasłużyła na docenienie. Stworzyła intrygującą postać kobiety silnej, niezależnej, która stawia czoła męskiemu światu wydawców i jest pierwszą damą w historii gazety, która sprawuje tę funkcję.

 

Rola Meryl Streep jest bardzo ważna w kontekście walki o prawa kobiet, która w tym momencie jest bardzo poprawna politycznie. Dlatego może zostać doceniona przez Akademię. W czasach, gdy główne stanowiska w redakcjach obejmowali mężczyźni i każdy z nich chciałby wpłynąć na wydawczynię, ostatecznie to ona podejmuje najważniejszą decyzję i pokazuje środkowy palec wszystkim, którzy w nią nie wierzyli. Osobiście jednak uważam, że najbardziej na docenienie zasługuje Tom Hanks, który wcielił się postać naczelnego „The Washington Post”. Jego rola była dynamiczniejsza i o wiele bardziej interesująca. Najwidoczniej jednak liczba nominacji dla „Czwartej władzy” musiała się zgadzać, a Meryl to prawdziwa ulubienica Akademii.

 

Film warto docenić może nie za sam patos, który zapewne wielu nazwie przesadzonym, co za piękne kadry i dbałość o szczegóły. Operator zaciekawia widza, choć w samym filmie nie znajdziemy efektów specjalnych z „Przełęczy ocalonych” i kolorów rodem z Marvela. Nie będzie też muzyki wartej docenienia, niczym w innym patetycznym filmie, np. „Przeminęło z wiatrem”. To wszystko nie jest potrzebne jednak Spielbergowi, żeby oddać magię druku i klimat redakcji z tamtych lat. Dzięki temu możemy poczuć smak prawdziwego dziennikarstwa stworzonego z misji i oddać hołd każdemu z tych ludzi, którzy mimo zmiany czasów, wciąż czują, że piszą w imię wyższych idei.

 

„Czwarta władza” zatem jest filmem, który nie spodoba się każdemu. Jeżeli oczekujecie fajerwerków, możecie się zawieść. Jeżeli jednak lubicie filmy, które niosą za sobą jakieś przesłanie, a tym bardziej, gdy jest ono wzniosłe, z pewnością będziecie zachwyceni po seansie, podobnie jak ja. Ten film to typowa Ameryka w najpiękniejszych dla dziennikarzy czasach, gdy zdali sobie sprawę, że media nie muszą być za pan brat z władzą, wręcz przeciwnie, powinny w zamian za wolność słowa, pokazywać samą prawdę, niczym w konfesjonale. Bo właśnie taka jest misja prawdziwych mediów, choć w dzisiejszych czasach może się to wydawać dziwne, zwłaszcza młodemu pokoleniu.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska