Wolontariusz 24 godziny na dobę

 

Pracują, mają też swoje obowiązki domowe, dzieci, zwierzęta i inne sprawy na głowie. Mimo to działają też jako wolontariusze w schronisku. Dają swoją postawą przykład na to, że dobro jednak istnieje. Zmieniają choć na chwilę los zwierząt, poświęcając uwagę, głaszcząc czy nawet wymieniając się psio-ludzkimi spojrzeniami.

Wolontariusze, bez nich schroniska nie funkcjonowałyby sprawnie. Przychodzą, chociaż nikt im nie każe tego robić, chcą oraz mają poczucie misji i niesienia pomocy słabszym. Bez względu na pogodę są tu kilka razy w tygodniu. Często poświęcają swój czas, swoje obowiązki tylko po to, by umilić szarą egzystencję zamkniętych w boksach zwierząt. Schronisko „Na Paluchu” w Warszawie jest również jednym z tych miejsc, do których codziennie trafiają niechciane, porzucone i skrzywdzone przez ludzi psy i koty. Do takich m.in. należą te z grupy Pomarańczowej, które nadal szukają domu. Niewidząca Nela, Max czy senior Cyryl. Uroczy Hyzio i Samira. Żywiołowa Abi i Arnold. Uśmiechnięta Zorka i Derek. Kochana Bunia, Gabon i Fiona. Energiczna Szani, Mister oraz Morris. Siedzący w boksie od małego Molo, Todi i Rudolf. Staruszek Spike i Aton. Rozkoszni Fedo, Raflore oraz Amigo. Wolontariusze codziennie poświęcają im czas, próbują okiełznać ich charaktery i indywidualne potrzeby. Chociaż na spacery psy wychodzą zazwyczaj w weekend, to ich opiekunowie pracują całymi dniami nad znalezieniem jak najlepszego domu dla swoich podopiecznych. Widząc ich uśmiechniętych na imprezach promujących adopcję, niejeden chciałby być na miejscu wolontariusza. Ma przy sobie bezproblemowego psa ze śliczną bandanką, wokół zazwyczaj ktoś zainteresowany, w dodatku on sam jest pełen energii. Często jednak zapominamy, że wolontariusz w schronisku wkłada w swoją pracę dużo więcej wysiłku. Zwierzęta trafiają tu po różnych przejściach, każdy z nich inaczej reaguje na rzeczywistość, w której się znalazł. Wolontariusz jest od tego, by jak najlepiej zrozumieć i pomóc oswoić się ze schroniskowym środowiskiem nowego przybyłego tu psa lub kota. Oprócz tego zabiegi pielęgnacyjne, obserwacja, przygotowywanie opisów, zdjęć i uaktualnianie ogłoszeń. Jak i spacery przedadopcyjne, rozmowy z potencjalnymi zainteresowanymi oraz wymiana zdań, często też burzliwa, z innymi pracownikami schroniska to chleb powszedni wolontariuszy. Kasia, (wolontariuszka z grupy Pomarańczowej), mówi tak: „Właściwie sama nie wiem, co takiego jest w wolontariacie, że wciąż tutaj – na Paluchu – jestem. Same spacery to tak naprawdę kawał ciężkiej pracy, bo psy w schronisku zwykle po wyjściu z boksu ciągną cały spacer, więc m.in. ręce mamy powyciągane i plecy obolałe. Ludzie zainteresowani adopcją często mają do nas pretensje, że np. odradzamy im jakiegoś psa lub nie możemy się z nimi umówić na dany dzień, godzinę (bo wydaje im się, że wolontariusz nie ma życia prywatnego) czy w ogóle odmawiamy adopcji. Już nie wspomnę o czasie spędzonym przy komputerze w ramach promocji naszych psów. I odbieraniu telefonów o różnych porach”. A Weronika dodaje: „Dla mnie dzień paluchowy oznacza tyle, że wrócę do domu padnięta fizycznie, ale z bananem na twarzy i pełna pozytywnej energii. Psiak nie pyta czy miałam dobry dzień, co się wydarzyło, czemu jestem zła czy co planuję na weekend, po prostu się cieszy, że cię widzi, że jesteś tu i teraz dla niego. Radość podopiecznych na mój widok, nie tylko na wizję spaceru, to coś nie do opisania. Szczególnie gdy pies już cię poznaje, czyli po pewnym czasie regularnych wizyt”.
 

 

Jeśli ktoś się zgłosi, zawsze cieszy to wolontariusza, ale jak się okazuje, jest to chyba najtrudniejsze wówczas zadanie. Znalezienie domu, tego prawdziwego, i wyczucie ludzi to umiejętność, która przez lata nabywana jest z doświadczeniem. Postawy ludzi są skrajnie różne, a do najczęstszych, jak wspomina Kasia, należą: „Jedni szukają przyjaciela i nie wyobrażają sobie, że psa można kupić. Uważają, że należy pomóc tym, które ktoś wcześniej skrzywdził, odrzucił. Inni przychodzą, bo niedawno odszedł im poprzedni i szukają np. podobnego lub po prostu chcą dać dom kolejnej sierotce. Niektórzy sami nie wiedzą czy wolą ze schroniska, czy może kupią rasowego, ale na wszelki wypadek zaglądają do nas. Są też tacy, którzy trafiają tu pod naciskiem dzieci. Wtedy naszą rolą jest wytłumaczyć, że kaprys dziecka nie jest dobrą motywacją, a obowiązki związane z psem spadną na nich. Jeśli decyzja jest świadoma i odpowiedzialna to jest dobrze, ale bywa różnie”. I kontynuuje: „Mamy jeszcze postawy typu: »Jestem taki dobry, bo chcę dać dom psu ze schroniska«. I nie ważne, że zaproponowane warunki są gorsze niż pies ma obecnie (buda, brak wstępu do domu nawet zimą, opieka weterynarza polegająca tylko na obowiązkowym szczepieniu na wściekliznę, bo jak pies chory to się sam wyliże albo zdechnie). I kolejny rodzaj ludzi to ci, którzy jak pojawi się pies rasowy, to będą się przepychać łokciami, kłócić z wolontariuszami, pracownikami, pisać skargi do dyrekcji, żeby tylko tego psa dostać”.

Adopcja psa jest kwestią sporną i niezrozumiałą dla potencjalnych opiekunów. Jak dodaje Weronika: „Zdarza się, że przychodzi człowiek z postawą, że skoro przyszedł adoptować psa to powinniśmy go nosić na rękach a nie zadawać pytania i mieć uwagi. Nie. Nie jesteśmy tu dla statystyk, nie chcemy znaleźć domu, chcemy znaleźć najlepszy dom. Dopasować psa potrzeby do potrzeb ludzi. Zdarza się więc, że odmawiamy adopcji”. A Monika dodaje: „Dla mnie nie ma czegoś takiego jak załatwienie komuś psa po znajomości. Zwierzę to nie zabawka i zawsze wybieram dom najlepszy z możliwych. A dzieci od małego powinny być uczone empatii i tego, że zwierzęta to czujące istoty i że się je bierze na całe ich życie”.

Mimo, że każdy z wolontariuszy ma swoich schroniskowych ulubieńców, to tak samo ważne jest dla nich to, by jak najkrócej siedziały za kratami schroniskowych boksów. Czasami mimo wielu prób się nie udaje, wtedy na pewno wyrzutów, winy i innych emocji przez długi czas nie da się wyzbyć. Schronisko to miejsce bólu i niezrozumienia, owszem, ale i pięknych historii, gdzie radości i łzom wzruszenia nie ma końca.  Przykładem takiej adopcji może być opisana przez naszą redakcję, historia Karata.
Ale są i inne, Kasia miło wspomina adopcję Graffiego: Stary pies, mało urodziwy, a wypatrzony przez panią emerytkę, która nie szukała, tak jak większość ludzi, młodego pieska. Graffi w chwili adopcji miał 13 lat, był jej pierwszym wyborem, ale będąc w schronisku zajrzała też na geriatrię zobaczyć inne staruszki. Jednak ostatecznie uznała, że to Graffiś jest JEJ psem. Parę tygodni po adopcji zaprosiła mnie do siebie żeby pokazać gdzie i jak żyje sobie teraz Graffi. Co jakiś czas dzwoni do mnie i opowiada jak sobie radzą. Dość regularnie też odwiedzają weterynarza tak dla kontroli. Lepiej staruszek trafić nie mógł.

 

I jeszcze Imbir i Ginger. Imbir, pies trochę lękliwy, wycofany, trafił do 2 kobiet – mamy z córką, które wyprowadziły go na prostą i postanowiły mu sprawić towarzyszkę. Odezwały się do nas z pytaniem czy mamy jakąś potrzebującą suczkę. Akurat trafiła wtedy niedawno pod naszą opiekę Ginger – jeszcze większe strachajło niż Imbir. Po kilku spacerach Panie uznały, że sobie poradzą, a Imbir będzie dla niej świetnym terapeutą. I w ten sposób uratowały kolejną wycofaną psią duszyczkę. Z nią praca nadal trwa, ale jest o niebo lepiej. Widać tak im było pisane, żeby trafić razem do takiego cudownego domu”. Monika, wolontariuszka, również z dużym sentymentem mówi o udanej adopcji: „Scarlett i Tory – obie suczki były pod moją opieką. Scarlett, starsza sunia z chorymi uszami, trafiła do super domu, z którym mam kontakt do dnia dzisiejszego. Tora to sunia, która była znaleziona na działkach, wylękniona, trochę dzika, nie chciała wychodzić z boksu oraz unikała kontaktu z człowiekiem, bo się bardzo bała. Praca nad nią trochę trwała, ale się opłacało. Adoptowana przez wspaniałą rodzinę, dostała najlepszy dom z możliwych”.

Lubią pomagać i nie wyobrażają sobie życia bez tego. Kasia, wolontariuszka grupy Pomarańczowej, stwierdza: „Kiedy wchodzę do schroniska, idę tam, gdzie siedzą »moje« psy, widzę tą radość na pyszczkach na mój widok i przebieranie łapkami w oczekiwaniu na spacer, głaskanie, smakołyki, to wszystko staje się nieważne. Wiem, że te chwile, które mogę im dać, są jedynym promykiem w ich smutnym schroniskowym życiu. A one dają mi cała swoją psią miłość. I to właśnie jest piękne w pracy wolontariusza”. Weronika dodaje: „Jedyne co mnie wkurza, to pierwiastek ludzki w tym miejscu. To, że często ginie gdzieś fakt, że mamy wspólny cel, jesteśmy tu dla dobra psów. Emocje biorą górę, niestety, często te negatywne. Trzeba umieć się odciąć”.

 

Praca wolontariusza to nie tylko głaskanie porzuconych zwierząt. Przede wszystkim to ciężka praca nad odzyskaniem zaufania do człowieka czy praca nad zmianą negatywnych zachowań i nieustająca promocja nie tylko w internecie, ale i przy różnych organizowanych wydarzeniach. Często z pozoru negatywne zachowania psów w schronisku ulegają zmianie w prawdziwym domu. Dzieje się tak dlatego, że te zwierzęta muszą przybrać zachowanie obronne na sytuację, w której się znajdują. Każdy z nich musi poradzić sobie na swój sposób. Pamiętaj o tym, udając się do schroniska.

 


Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej Schroniska „Na Paluchu oraz z archiwum prywatnego wolontariuszy.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska