Riverside – „Wasteland” [RECENZJA]

26/10/2018

Szczerze przyznam, że po śmierci Grudnia w lutym 2016 roku nie przypuszczałem, że Riverside powróci do komponowania muzyki i grania na żywo. Zakupiony bilet na kwietniowy koncert zespołu w zeszłym roku zachowałem na pamiątkę. Bardzo ciężko jest pozbierać się po stracie członka rodziny, dlatego też tym bardziej doceniłem powrót na scenę zespołu dowodzonego przez Mariusza Dudę i śledziłem ewentualne informacje o planowanym albumie długogrającym.

Można się było domyślać, że kolejna płyta będzie swoistym rozliczeniem się z przeszłością i próbą pozostawienia za sobą wydarzeń, które dotknęły zespół. Dwa premierowe krążki Lunatic Soul z 2017 i 2018 roku stanowiły osobisty zapis uczuć osoby dotkniętej tragizmem. Wniosek ze strony Riverside był prosty: jeśli chcemy iść dalej, musimy najpierw zostawić za sobą przeszłość.

 

Postapokaliptyczny klimat zarysowany został na „Wasteland” bardzo umiejętnie. Cała metaforyka dotycząca tytułowego pustkowia doskonale pasuje zarówno do stanu wewnętrznego członków zespołu, jak i do sytuacji muzycznej zawartej w albumie. Jak postapo, to musi być tajemniczo, mrocznie, niebezpiecznie i emocjonalnie. Jest jeszcze jedna, niepisana zasada nowej rzeczywistości: skoro nadszedł koniec świata, upadły wszelkie wartości i dotychczas obowiązujące reguły, to upadła również muzyka jako taka i trzeba napisać ją na nowo”.

 

To jaka jest ta nowa jakość Riverside? Czy odmienna od dotychczasowej? Enigmatycznie można odpowiedzieć, że i tak, i nie. Jeżeli ktoś oczekiwał radykalnego odcięcia się grupy od swoich korzeni, to się rozczarował. Mamy bowiem na „Wasteland” do czynienia z tym, na co decyduje się większość zespołów w jakimś przełomowym momencie swojej kariery. Mianowicie mariaż dawnego z nowym. Siódmy album Riverside to z jednej strony subtelny powrót do korzeni, z drugiej zaś próba poszukiwania innej jakości. A całość przesycona jest wszechogarniającym uczuciem tytułowej pustki i osamotnienia.

 

Przez nieco ponad 50 minut wędrujemy jako ocaleni po bezkresnych rejonach paradoksalnie nowej, nieznanej rzeczywistości. Bo przecież to świat, jaki znaliśmy bardzo dobrze i jaki do niedawna jeszcze istniał. Niby znamy terytorium, po którym kroczymy, pewne elementy przywodzą na myśl te znane nam z przeszłości, ale jednak zagłębiamy się w nie trochę po omacku. I podobnie rzecz ma się z muzyką zaprezentowaną przez zespół na krążku. W niektórych momentach przywodzi ona na myśl wcześniejszą twórczość zespołu, z solidnym i ciężkim brzmieniem gitar. Wydaje się, jakby w tych partiach zespół czuł się pewnie. Nagle jednak coś się urywa, zmienia się rzeczywistość i znowu muzycy jakby brną gdzieś po omacku. Tak wygląda to na przykład w drugim utworze – „Acid Rain”.

 

Już na samym początku otwiera się przed nami postapokaliptyczna rzeczywistość. Duda wyłania się ze swoim wokalem gdzieś z otchłani, stopniowo wzmacniając go i zachowując jednocześnie subtelność. Potem wchodzi niedyskretny i ujmujący agresją dwuczęściowy „Acid Rain”. Wcielamy się w jednostkę przemierzającą postapokaliptyczne pustkowie. Biegniemy za tą muzyką od początku. Odkrywamy nowy świat, poznajemy go (pierwsza partia utworu nosi tytuł „Where are we now?”) i nagle zatrzymujemy się, ponieważ nawiedzają nas „tańczące duchy” (tytuł drugiej części to „Dancing ghosts”). Rzeczywistość postapo jest zaskakująca – pozornie wygląda znajomo, ale to już nie dawny świat.

 

Podobnie sprawa przedstawia się dalej. „Vale of tears” to wędrówka przez pustynię, która ma dwa oblicza: raz jest groźna i niesprzyjająca, innym razem emanuje spokojem. To miejsce na przemyślenia, być może na rozliczenie się z tym, co dawne.

 

Płyta jest odzwierciedleniem kondycji ludzkiej w zetknięciu się z nowym światem. Jak w życiu, tak i tutaj mamy chwile napięcia, głośnego wykrzykiwania niezgody jednostki na zastany porządek rzeczy. Te momenty są równoważone przez fragmenty melancholijne, kiedy sięga się pamięcią w przeszłość. Widzimy to właśnie w „Guardian Angel” czy „Lament”, gdzie Duda najpierw operuje bardzo niskim i przytłaczającym barytonem, jakby opowiadał historię przed snem albo zanosił modlitwę do tytułowego anioła. „Lament” z kolei uderza nierównością. To taki kawałek, w którym ma miejsce kulminacja rozpaczy. Bezsilność spaja się z rezygnacją i już żadne racjonalne odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” nie mają sensu. Żałobny płacz, elegijność, nostalgia – te słowa najpełniej oddają poetykę tej piosenki. Bardzo melancholijnie przechodzi do najbardziej rozbudowanego utworu na albumie – „The Struggle for Survival”. Dość długo się rozkręca i porywa melodyjnością oraz zadziornością. Jak gdyby po poprzednich żalach i lamentach nie było śladu. Otwieramy nowy rozdział w naszym życiu? Jesteśmy gotowi na normalne funkcjonowanie? Odpowiedź musi być przecząca. Po przeżyciu szczytowym – jak można by określić „The Struggle for Survival – znowu dopada nas samotność i brak nadziei. Docieramy do rzeki („River Down Below”). Tu czas płynie powoli, to jest miejsce, gdzie znowu mamy chwilę odpoczynku i czas na rozmyślanie. Powoli ruszamy dalej przez tytułowe pustkowie. Znowu czuć powiew dawnej rzeczywistości, ponownie przepełnia nas agresja i intencja pokonania przeciwności losu. Trzeba wyruszyć w drogę, jak mówi nam Riverside. Pustkowie będzie nas atakowało cały czas, już do końca życia. Nie ma od tego odwrotu i, co najważniejsze, nie ma powrotu do dawnego świata. Kończący płytę „The Night Before” możemy odczytywać w dwojaki sposób. Albo jako wspomnienie wydarzeń, które miały miejsce przed apokalipsą, albo jako zapowiedź nowej, kolejnej katastrofy, która właściwie dzieje się na naszych oczach („But we'll survive intact/Again”). To wieczorna opowieść, podczas której Duda znów próbuje uśpić nas swoim niskim głosem, a w tle pojawiają się tylko klawisze.

 

Wędrowanie przez pustkowie na pewno wpływa na kondycję ludzką. I tylko od nas zależy, jacy z niej wyjdziemy. To niezwykle ciężka batalia z własnymi słabościami i bolączkami. I tak należy odczytywać „Wasteland”. Postapokaliptyczna rzeczywistość dotyka każdego z nas, w mniejszym lub większym stopniu. Jesteśmy w niej zdani wyłącznie na siebie. Jeśli od teraz wędrówka bezkresnymi otchłaniami ma być naszą domeną, to musimy iść w jakimś kierunku. Być może podobnym do tego, który obieraliśmy dawno, dawno temu, a może w zupełnie innym? Ważne jest, abyśmy dotarli do jakiegoś bezpiecznego miejsca. Możemy się nie zgadzać z nowym światem, ale żeby żyć dalej, potrzebujemy schronienia. Tam powoli odbudujemy siebie i współczesność.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska