J.D. Overdrive - „Wendigo”

10/12/2017

 

Na naszej scenie stoner/sludge metalu działo się dobrze już jakiś czas temu, mniej więcej około 2008 roku, gdy nastąpiła swoista rewolucja tego gatunku w Polsce. Potem, jak to bywa w przypadku każdego podgatunku metalu, nastąpił delikatny regres. Ciężka muzyka ma to do siebie, że jest cykliczna. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że są pewne okresy, w których dany podgatunek jest, mówiąc kolokwialnie, na fali, by za chwilę zanurzyć się pod wodę i za jakiś czas ponownie wypłynąć na powierzchnię.

Dzisiaj porozmawiamy sobie właśnie o southern metalu w wykonaniu J.D. Overdrive – polskiej kapeli, która już od dziesięciu lat skutecznie dokonuje southernowej ekspansji na rodzimej ziemi. Problemy szufladkowania muzyki prezentowanej przez kwartet są stale obecne wśród krytyków muzycznych. Ja pozostanę wierny wypowiedziom muzyków i pozwolę sobie przedstawić ich jako okołostonerowego, bezpańskiego kundla, grającego także southern metal.

 

Wydany 20 października album JDO zatytułowany „Wendigo” jest, jak twierdzą sami muzycy, najbardziej zróżnicowanym materiałem w ich dorobku (4 albumy długogrające, 1 EP-ka i Split z Palm Desert). W dziesięć utworów zespół postanowił wpleść indiański mit o Wendigo i okrasić całość solidną dawką przyciągających z każdej strony brzmień. Wendigo jest bowiem człekokształtną istotą, potężnie zbudowaną, mającą ostre pazury. Za dnia przybiera ludzką postać i atakuje tych, którzy mają z nią (z tą osobą) coś wspólnego. Potrafi wyrwać serce, a ponieważ sam posiada lodowe serce, boi się ognia, za pomocą którego można go unieszkodliwić. I tu należy chyba upatrywać pewnych odniesień do albumu JDO. Z jednej strony jest on agresywny i podparty silnym brzmieniem, niczym bestialskie oblicze Wendigo, z drugiej zaś dochodzi na nim do głosu cecha ludzka, która ujawnia się w spokojniejszych, rockandrollowych i bluesowych fragmentach albumu.

 

 

Już od pierwszego utworu, „The Creature is Alive”, czujemy, że jest nieco luźniej niż na poprzedniej płycie – „The Kindest of Deaths”. Bardzo chwytliwy riff i refren wwiercają się w głowę i zostają na bardzo, bardzo długo. Dostajemy wtedy pierwszy sygnał, że „kreatura jest żywa”. Elementów, które mnie przyciągają do tego albumu jest sporo i pozwolę sobie je, na zasadzie wyliczenia z komentarzem, przywołać, zamiast analizować kawałek po kawałkuj, bo to sobie każdy może zrobić indywidualnie przy lekturze „Wendigo”.

 

Po pierwsze – przemyślane kompozycje, ale też nie epatujące pretensjonalnością. To nie jest materiał, który chce świadomie nawiązywać do tego czy tamtego gatunku lub kapeli. I muzycy wielokrotnie ten fakt podkreślali. Tych dziesięć utworów jest czymś w rodzaju zebranych inspiracji muzyków, które gdzieś tam pobrzmiewają ubrane w kostium J.D. Overdrive. Bo nie sposób (przynajmniej dla mnie) nie wymienić nawiązań do Black Label Society, Down czy Pantery. Chwytliwe dźwięki, chwytliwe refreny wpływają na korzyść tak zaprojektowanego krążka, który po prostu ich potrzebuje, posiadając mocno rockandrollowe jajo.

 

 

Po drugie – wokal. Wspaniały, zróżnicowany i idealnie dopasowany do poszczególnych kompozycji. Suseł wykonał kawał dobrej roboty. Gdzieś porządnie, gardłowo zakrzyczy, potem trochę łagodnie, ale ciągle z charakterystycznym pazurem, pośpiewa. Od pierwszego utworu nie mogłem wyjść z podziwu, jak brzmi wokal na tej płycie. Naprawdę, wielkie brawa i ukłony.

 

Po trzecie – instrumentarium. Świetna praca sekcji rytmicznej, dodającej od siebie kluczowy element w kontekście całości. Czasem, gdy jest na to odpowiednia chwila i potrzeba, jest bluesowo i kołysząco, innym razem iście heavymetalowo – perkusja podbija rytm i czujemy płynącą ze środka moc. Partie gitary, choć w porównaniu do poprzedniego krążka brzmią odrobinę inaczej, wciąż zachowują kształt i charakter JDO. Jest mocno, solidnie i brudno.

 

Po czwarte – brak kalkowania. J.D. Overdrive zrobiło coś bardzo ciekawego. Mianowicie, wtłoczyło w swoją machinerię własne inspiracje danym brzmieniem i formacjami, nie próbując przy tym na siłę wykreować się na tą albo inną kapelę. Materiał zawarty na „Wendigo” jest bardzo spójny, przemyślany, zróżnicowany, a przy tym nie nudzący słuchacza. To southernowe granie z wysokiej półki, świadczące o dojrzałości zespołu, o tym, że idą w obranym przez siebie kierunku i nie oglądają się za siebie ani na nikogo.

 

 

Cóż zawrzeć w podsumowaniu? Pasowałoby wystawić jakąś ocenę, ale, jak wiecie, nie jestem do tego ani kompetentny, ani za bardzo skory. Myślę, że wystarczy, jeśli powiem Wam, iż „Wendigo” jest krążkiem, który absolutnie powinniście przesłuchać, bo to jedna z lepszych rzeczy, jakie wyszły w tym roku na scenie nie tylko rodzimej, ale także rozumianej globalnie.

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska