Greenwashing, czyli jak firmy nabijają nas w (eko)butelkę

 

Podczas zakupów sięgasz po banany z napisem BIO, dorzucasz ekologiczną szczoteczkę, a na koniec sięgasz po butelkę wody, za której zakup producent obiecuje zasadzić drzewo. Masz na sobie koszulkę z organicznej bawełny, a w ręku ściskasz biodegradowalną torbę z napisem „Chroń środowisko! Używaj wielokrotnie!” – czujesz dumę, bo masz ją ze sobą już czwarty raz. Czujesz się eko, a w rzeczywistości nabrałeś się na ekościemę.

Okazuje się, że banany BIO są zapakowane w folię, a te zwykłe były sprzedawane luzem. Choć zdrowsze, bo uprawiane bez sztucznych nawozów i pestycydów, pozostawią po sobie zbędne opakowanie. Większość plastiku wykorzystana do produkcji szczoteczki pochodzi z recyklingu, ale po użyciu będzie rozkładać się setki lat. Tymczasem szczoteczce bambusowej zajmie to jedynie kilka tygodni. Za butelkę wody może i posadzi się drzewo, ale niepotrzebny plastik kosztował środowisko znacznie więcej – do jego produkcji zużyto mnóstwo energii, surowców i wody. Ubrania z sieciówek rozpadną się po chwili, więc trzeba będzie kupić nowe, bo jakość idzie tu w parze z ceną i obydwie są po prostu niskie. A biodegradowalna torba się rozłoży, tyle że do mikroplastiku – plastikowych drobin, które później zjedzą ryby. Te „plastikowe” ryby chętnie kupi konsument wierzący w to, że zdrowo się odżywia.

 

 

Gramy w zielone

 

Greenwashing, czyli po polsku „ekościema”, to zjawisko podobne do whitewashingu, znanego m.in. ze świata kina. Tyle że tu zamiast białych aktorów obsadzonych w rolach, które powinni zagrać aktorzy kolorowi, mamy do czynienia z „zazielenianiem” swojego wizerunku przez firmy, które tylko udają, że są ekologiczne.

 

Pierwszy nagłośniony przykład takiego działania jest nadal bardzo chętnie stosowany. Prawdopodobnie spotkał się z nim każdy, kto choć raz nocował w hotelu. Ulotka umieszczona w łazience informuje, że codziennie hotele zużywają bardzo dużo wody i środków piorących. Od gościa zależy, czy chce rzucić używany ręcznik na podłogę, by został wyprany, czy też zostawić go na wieszaku i jeszcze używać. „Dziękujemy za ratowanie z nami Ziemi” – głoszą ulotki. Już w 1986 roku Jay Westervelt w swoim artykule wyjaśnił jednak, że hotelami wcale nie kieruje troska o dobro planety, a zimna kalkulacja. Niepranie codziennie ręczników świadczyłoby źle o standardzie hotelu, a prośba o oszczędność zostałaby zapewne zbyta hasłem „płacę i wymagam”. Żeby zmniejszyć koszty prania, odwołano się więc do tego, co dla wielu osób jest ważne – troski o środowisko. W ten sposób planeta faktycznie ma się nieco lepiej, ale to portfele właścicieli hoteli zyskują najwięcej. W swoim artykule Westervelt jako pierwszy użył słowa „greenwashing”, które szybko przyjęło się w kręgach związanych z marketingiem i ochroną środowiska.

 

Siedem grzechów głównych

 

Agencja marketingowa TerraChoice, zajmująca się tematami ochrony środowiska, podaje siedem sposobów, w jaki zwodzą nas firmy w temacie ekologii. Są to m.in. schowane koszty alternatywne – co z tego, że bambusowa szczoteczka jest kompostowalna, skoro pod uprawę bambusa wycięto wcześniej wielkie obszary naturalnych lasów? O tym producent woli milczeć. Producenci często umieszczają też na opakowaniach oznaczenia, na których wiarygodność nie mają dowodów. Wizerunki roślin i napisy typu „crueltyfree” powinny być umieszczone w towarzystwie logotypów certyfikatów jakości. Ich brak wskazuje najprawdopodobniej na to, że hasła umieszczone na opakowaniu mają jedynie charakter marketingowy i nie są prawdziwe.

 

Częstym chwytem jest też brak precyzji. Np. napis „składniki w 100% naturalne” może oznaczać, że produkt zawiera ołów lub rtęć. W końcu one również występują naturalnie w przyrodzie. Podobnym zagraniem jest używanie sformułowań, które o niczym tak naprawdę nie informują. Na przykład napis „Produkt nie zawiera azbestu” nic nie wnosi – tego materiału producenci i tak nie mogą używać, więc logiczne jest, że nie ma go w żadnym produkcie na rynku.

 

Bywa i tak, że jako dobrą praktykę firma podaje coś, co wcale tak dobre nie jest – skupia się na tym, że stosuje „mniejsze zło” w porównaniu z innymi. Są to np. „ekologiczne” pestycydy czy „odchudzona” plastikowa butelka, która nadal jest plastikowym odpadem, tyle że lżejszym. Niektóre firmy posuwają się nawet do kłamstwa i używają oznaczeń bez zezwolenia, np. oznaczone napisem „vegan” (wegańskie), a używające wosku pszczelego. Ostatnio duże kontrowersje wzbudziło odkrycie przez konsumentów faktu, że firma Wet’n’Wild, od lat reklamowana jako marka „cruelty free” (bez okrucieństwa), sprzedaje swoje kosmetyki w Chinach, gdzie jest obowiązek testowania ich na zwierzętach.

 

 

 

Wielu producentów decyduje się na „delikatną” manipulację, stosując fałszywe opakowania – przerysowane etykiety i zmyślone dane, mające wprowadzić klienta w błąd. Na przykład zdjęcie kury przechadzającej się po łące wcale nie gwarantuje, że zakupione jaja pochodzą od kur z wolnego wybiegu. Jest to zabieg nieco podobny do umieszczania rysunku uśmiechniętej świnki na opakowaniu szynki, tyle że trudniejszy do zauważenia na pierwszy rzut oka.

 

Specjalne organizacje zajmują się wyłapywaniem tego typu manipulacji, a na producentów nakładane są kary finansowe. Mimo to proceder nadal ma się dobrze. Według danych pochodzących z rankingu TerraChoice z 2010 roku, jedynie 4,5% spośród sprawdzanych produktów nie można zarzucić greenwashingu. Czyli aż 95,5% produktów uznawanych za ekologiczne wprowadza klienta w błąd w mniejszym lub większym stopniu.

 

Dobre, bo polskie

 

Na rodzimym rynku obserwujemy od pewnego czasu zdecydowaną zmianę w trendach. O ile wcześniej producenci stawiali na nowoczesność i niezawodność, teraz chętnie odwołują się do tradycji i natury. Wraz ze wzrostem świadomości, rośnie zapotrzebowanie na bezpieczne i ekologiczne produkty. Firmy prześcigają się więc w pomysłach jak przekonać klientów, że to właśnie ich oferta jest najbezpieczniejsza dla środowiska i kupującego. Niestety, część z nich gra nieczysto.

 

Spory sprzeciw wzbudziła kampania marki Żywiec Zdrój. Firma od wielu lat kreuje swój proekologiczny wizerunek, obiecując sadzenie drzew w zamian za kupowanie wody. Niedawno zmieniono butelki pięciolitrowe na produkowane z rPET-u, czyli rodzaju plastiku pochodzącego w 100% z recyklingu. Na witrynie PoStronieNatury.pl firma zachęca do segregowania odpadów i uświadamia, jak wygląda proces odzyskiwania surowców. Strona zawiera bardzo dużo informacji i wydaje się być uczciwa. Jednak firma zaliczyła PR-ową wpadkę.

 

W promocję Żywca Zdroju od dłuższego czasu zaangażowana jest Martyna Wojciechowska. To właśnie za jej sprawą firma otrzymała wiele negatywnych komentarzy. 13 czerwca 2018 roku dziennikarka umieściła na swoim profilu na Facebooku post sponsorowany, w którym tłumaczyła, dlaczego plastik jest najlepszym rozwiązaniem w przypadku przechowywania wody. Informowała, że plastikowe butelki ważą mniej i dzięki temu ich transportowanie pochłania mniej energii. Dodatkowo założyła jakoby butelki plastikowe rozkładały się w czasie od 400 do 1000 lat, a szklane – nigdy. Internauci szybko wytknęli jej, że plastik wystawiony na słońce wydziela szkodliwe substancje, a szkło nie. Małgorzata Kołodziej-Kluza zauważyła też, że w żołądkach zwierząt morskich znajduje się mikroplastik, a nie fragmenty szkła – ten komentarz zyskał największą popularność pod postem. Dużo w nim prawdy. Szkło rozkłada się dłużej, ale ostatecznie zmienia się w naturalną krzemionkę, podczas gdy plastik rozpada się na maleńkie drobiny i pozostaje w środowisku. Warto zaznaczyć, że Wojciechowska co roku plasuje się wysoko w rozmaitych rankingach wyliczających wpływowych Polaków, co świadczy o tym, że jej opinie trafiają do szerokiego grona odbiorców i potrafią na nich wpływać.

 

 

 

Pod koniec kwietnia tego roku negatywnie zaskoczyła z kolei Coca-Cola. Osoby z ich listy influencerów otrzymały „niezwykłe” przesyłki. Kurier dostarczył im szare kartony, w których były… puste butelki. Zielona etykieta z napisem #WciążZmieniamy miała sugerować ekologiczny wymiar akcji. Z dołączonego listu odbiorcy dowiedzieli się, że puste, plastikowe butelki należy wrzucać do żółtego pojemnika na tworzywa sztuczne. Pouczono ich, że segregowanie odpadów jest bardzo ważne. „Rocznie do oceanów trafia średnio 9 milionów ton plastiku. Musimy to zmienić. Zależy nam na stworzeniu Świata Bez Odpadów, dlatego czujemy odpowiedzialność za każde opakowanie, które wprowadzamy na rynek” – napisano w liście. Czyli firma, która chce stworzyć świat bez odpadów, sama rozsyła odpady? Influencerzy nie kryli swojego zniesmaczenia tak nieprzemyślaną kampanią. Butelka i karton to niepotrzebne śmieci, a do ich przewiezienia zaangażowano kurierów, którzy zużyli paliwo. Akcja z założenia proekologiczna przyniosła więc odwrotny od zamierzonego skutek. Co ciekawe, to właśnie Coca-Cola, wraz z Pepsico i Nestle, jest największym producentem plastiku na świecie. Wydawałoby się, że zamiast pouczać konsumentów, powinni więc szukać rozwiązań na wyższym szczeblu. Ale znowu nie chodziło wcale o dobro planety, a jedynie o zwykły marketing.

 

Na szczęście Coca-Cola dość szybko zrozumiała swój PR-owy błąd i postanowiła go naprawić. Dlatego w Warszawie, wraz z władzami miasta i Fundacją Nasza Ziemia, firma postawiła 10 butelkomatów. Są one podobno najnowocześniejsze na świecie. Można do nich oddawać plastik, szkło i aluminium, a w zamian otrzymywać punkty na bilety do kina, darmowe przejazdy komunikacją miejską oraz zniżki na zakupy. Jest to nareszcie realne działanie podjęte przez markę na rzecz ochrony środowiska. Nie jest to nadal zbyt spektakularny sukces, ale być może system butelkomatów zostanie rozszerzony również na inne miasta.

 

To ludzie zmienią świat

 

Choć w morzu ekościemy trudno odnaleźć produkty, które naprawdę są ekologiczne, warto starać się do nich dotrzeć. Decyzje konsumentów wpływają na strategie wielkich marek. Jeśli klienci masowo będą rezygnować z zakupu produktów szkodzących środowisku, nawet największe koncerny odczują straty i będą musiały zareagować zmianą strategii. Kupowanie lokalnie, od niewielkich firm, które np. pakują produkty w szkło i przyjmują opakowania zwrotne, może przynieść taki efekt, że wkrótce nawet Coca-Cola wróci do kaucjowanych, szklanych butelek. Teoretycznie jeden człowiek nie zmieni całego świata, ale może być kroplą drążącą skałę konsumpcjonizmu i kształtować trendy. Dla własnego zdrowia i samopoczucia warto przynajmniej spróbować.

 

 

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska