W poszukiwaniu nadziei z Florence & The Machine [RECENZJA]

05/07/2018

29 czerwca odbyła się premiera czwartego albumu brytyjskiej formacji. Założona w 2007 roku grupa pod przewodnictwem charyzmatycznej Florence Welch powróciła z nowym materiałem. Ale nie jest to powrót do miejsca, w którym indie rockowy zespół znajdował się wcześniej. 

Po poprzednikach („Lungs” z 2009 roku, „Ceremonials” z 2011 roku i „How big, how blue, how beautiful” z 2015 roku) przyszła pora na zmiany. Nie drastyczne, niespodziewane czy gwałtowne, ale wywołane osobistymi przeżyciami, wewnętrzną przemianą i dojrzewaniem człowieka-artysty, który tworzy nową historię, ale nie zapomina o swoich korzeniach. Coś szczerego, prawdziwego, płynącego z głębi serca na pewno znajdzie drogę do innej wrażliwej duszy.

 

Krążek zatytułowany „High as hope” składa się z 10 utworów. To niespełna 40-minutowa wędrówka w poszukiwaniu sensu istnienia ­– całego świata w ogólności, a indywidualnego w szczególności. „W tej płycie jest samotność i są problemy, i ból, i rzeczy, z którymi walczyłam – wyznaje sama wokalistka, uzasadniając nazwę albumu. – Ale najważniejszym uczuciem jest to, że mam wobec nich nadzieję”. Z tych słów płynie proste przesłanie. Wszyscy jesteśmy ludźmi i na co dzień borykamy się z różnymi trudnościami, podobnymi niezależnie od wieku, pochodzenia, wiary, majętności czy pozycji społecznej. Ale bez nadziei szybko tracimy siły i poddajemy się. Nadzieja uskrzydla, pcha do działania, nadaje sens wszystkiemu – i właśnie te myśli przyświecają Florence oraz jej przyjaciołom.

 

Manifest grupy otwiera utwór pt. „June”. Jest on dedykowany ofiarom strzelaniny, do której doszło 12 czerwca 2016 roku w klubie nocnym Pulse znajdującym się w Orlando, w stanie Floryda. Już pierwsze dźwięki wprowadzają w stan zadumy, pewnej melancholii charakterystycznej dla wcześniejszych kompozycji. Wymusza to niejako tematyka tekstu, ale robi to skutecznie – słowa i melodia współgrają ze sobą. Myśl muzyczna rozwija się, aż w końcu eksploduje końcowym refrenem: „Trzymajmy się razem!” i „Jesteście tak wysoko – musicie być aniołami. Jestem wysoko – mogę zobaczyć anioła”. W obliczu tej tragedii, jaka wydarzyła się dwa lata temu, pozostaje mieć nadzieję, że gdzieś istnieje lepszy, szczęśliwszy świat.

 

Smutną prawdę o człowieczeństwie obnaża druga pozycja – „Hunger”. Sprawy błahe jak wybór kreacji na piątkową imprezę przeplatają się z większymi rozterkami. Umiejętność radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych nie jest naszą cechą wrodzoną. Dobitnie uświadamia to fragment będący wręcz publiczną spowiedzią Florence: „Myślałam, że znajdę miłość w narkotykach, ale im więcej brałam, tym więcej mi odbierały i nie potrafiłam z tym skończyć”. Osoby uzależnione podpiszą się pod tymi słowami obiema rękami, ale nie wszyscy młodzi zrozumieją sens przestrogi, naiwnie sądząc, że młodość nie przeminie, a śmierć nie istnieje. Wszyscy odczuwamy głód” posiadania kogoś, przy kim życie stanie się prostsze i ukaże się bogactwem barw w całej okazałości. Utwór ten został wybrany na singiel promujący płytę, a także doceniony przez amerykański tygodnik Billboard, który umieścił go w czerwcu na pierwszym miejscu najbardziej popularnych piosenek muzyki alternatywnej w Stanach Zjednoczonych.

 

„South London forever” to rozliczenie się z przeszłością przy akompaniamencie mocnych uderzeń bębnów i ekspresyjnych pociągnięć smyczków. Kontynuacja spowiedzi rozpoczętej we wcześniejszej piosence zdaje się osiągnąć tutaj swój kulminacyjny moment w prostych, choć niebanalnych pytaniach: „Ale czy marzę zbyt mocno, czy muszę odpuścić? Co jeśli pewnego dnia okaże się, że nie ma czegoś takiego jak śnieg? O Boże, co ja wiem?” Florence, zdaje się, dotknęła tej części ludzkiej tajemnicy, która prowadzi do oczyszczenia: człowiek nie jest samowystarczalny, wszystkowiedzący, nieomylny i nieśmiertelny. Pokornie uznaje swoją małość w słowach: „Nie wiem zupełnie nic poza tym, że trawa jest zielona”. Przypuszczalnie w tym tkwi sekret spokojnego, spełnionego życia: cieszyć się z prostych, codziennych, na pozór małych i niewiele znaczących rzeczy.

 

A czego więcej człowiekowi potrzeba, grupa wskazuje w kolejnej kompozycji. „Big God” to najświeższy singiel wydany tuż przed premierą albumu. Zaczyna się dość niewinnie, ale nie niepewnie. Jak delikatny powiew wiatru. Lekki, lecz emanujący jakąś wewnętrzną mocą. Wraz z kolejnymi sekundami pojawiają się nowe dźwięki i instrumenty, by na końcu zabrzmieć potężnie. Jak małe ziarenko, które zasiane w ziemi kiełkuje, wyrasta i pnie się wysoko, aż w końcu staje się ogromnym drzewem. Jak jeden maleńki kamień, który wywołał całą lawinę. Jak woda, która z uporem i częstotliwością spadania kropli wydrążyła tunel w twardej skale. Florence przedstawia prostą receptę, którą powtarza w każdym refrenie: „Potrzebujesz wielkiego Boga. Wystarczająco wielkiego, by utrzymał twoją miłość, (…) by cię wypełnił”.

 

„Sky full of song” to piąta ścieżka na płycie, a zarazem pierwszy singiel, który od kwietnia bieżącego roku promuje krążek „High as hope”. Rozpoczęta najpierw pewnym uderzeniem głosu wokalistki, przy pierwotnie nieśmiało skradających się instrumentach, sprawia u słuchacza wrażenie, jakby wkrótce miała wybuchnąć gwałtownością i donośnością dźwięków. I choć myśl muzyczna nieustannie się rozwija, owo charakterystyczne dla zespołu „boom!” tutaj nie nadchodzi. Albo nadchodzi inaczej, niż przywykli do tego fani. W subtelnej atmosferze czarne, burzowe chmury rozpływają się na niebie, ukazując piękny, czysty, błękitny firmament wypełniony muzyką. I ulgą.

 

Szóstą pozycję zajmuje utwór „Grace”. Już pierwsi krytycy nazwali go poruszającym listem, jaki Florence adresuje do swojej młodszej siostry, prosząc w nim o przebaczenie za rzeczy, których dopuściła się w przeszłości. Ludzie mają taką wredną przypadłość, że najczęściej i najmocniej ranią osoby znajdujące się i chcące być blisko nich, co potwierdzają słowa: „Ty byłaś osobą, którą traktowałam najgorzej tylko dlatego, że kochasz mnie najbardziej ze wszystkich”. Aby poczuć pełną ulgę i oczyścić swoją duszę z brudu potrzeba wybaczenia od tych, których skrzywdziliśmy. W całości albumu kompozycja ta znajduje swoje uzasadnienie. Żal i skruchę podkreśla w niej fortepian, perkusja i chóralny background.

 

Następna kompozycja dedykowana została innej ważnej dla Florence postaci. „Patricia” utrzymana jest w żywszym i radośniejszym klimacie niż jej poprzedniczka. Rozbrzmiewa tutaj charakterystyczny dla The Machine spokój, który podczas refrenu przeradza się w rytmicznie dudniące bębny i pozostałe instrumenty perkusyjne. Utwór niewątpliwie przypadnie do gustu osobom, które lubują się w starszych kompozycjach grupy. Artyści zdają się tutaj uspokajać, że rozliczenie się z przeszłością nie oznacza zerwania z nią. A ich przesłanie rozlega się echem w finalnych słowach: „Cudowną rzeczą jest kochać”.

 

Typowo dla zespołu rozpoczyna się również utwór pt. „100 years”. Delikatne zwrotki są zupełnym przeciwieństwem mocniejszych, nieco agresywniejszych refrenów. Z jednej strony kompozycję wypełnia żal, pewna dawka pretensji skierowanej do Boga, że „ulice wciąż spływają krwią”, ale z drugiej strony Florence jasno określa ich przyczynę i źródło: „Daj mi ramiona do modlitwy zamiast takich, co zaciskają się zbyt mocno”. Napięcie budowane od pierwszego dźwięku nie znajduje rozwiązania w znalezieniu spokoju i równowagi. Zupełnie jakby grupa dawała bezpośredni znak słuchaczowi: jeśli chcesz zmieniać świat, zmieniaj go, począwszy od siebie – inaczej nic się nie zmieni.

 

Przedostatnia ścieżka odnosi się do samobójstwa babci wokalistki, podobnie jak pochodząca z albumu „Ceremonials” – „Only if for a night”. Znamienny tytuł („The end of love”) odpowiada duchowi tego utworu. Czuć w nim tęsknotę, która chwyta za serce. Ale i w tym przypadku Florence nie popada w depresję. Znajduje w sobie siłę. Chociaż czasem pozwala sobie na rzewliwość wynikającą ze wspomnień, to jednak przegania to, co pociąga ją w dół, ku ciemności. Koniec nie zawsze oznacza koniec, ale może stanowić początek czegoś nowego, lepszego. Tej nadziei nie traci wokalistka. I pomimo tęsknoty słychać tu szczery, prawdziwy spokój wewnętrzny.

 

„No choir” jest ostatnią kompozycją na płycie. Finalną, a więc podsumowującą i zbierającą w całość wszystko to, co dotąd zostało powiedziane. Zgodnie z tytułem nie rozbrzmiewa w niej backgroundowy chór, ale myśl muzyczna rozwija się od ciszy aż po głośne, potężne końcowe tony. Wtedy z pełną mocą dają o sobie znać instrumenty smyczkowe, których niestety trochę mało w świetle całego albumu. Kwintesencją i orędziem zespołu są słowa: „Och, kochanie, wszystko wydaje się takie niestabilne, ale przez chwilę mogliśmy być spokojni”.

 

Ciężko mówić o przeszłości, nie odwołując się do niej. Na „High as hope” nie znajdziemy dokładnej kalki utworów z poprzednich krążków, ale z pewnością usłyszymy to, co stanowi o charakterze zespołu. Można wyczuć różnicę w ekspresji i brzmieniu bębnów, ale prawdopodobnie wynika ona ze zmiany perkusisty (Christopher Lloyd Hayden w lutym bieżącego roku ogłosił swoje odejście z zespołu, a jego miejsce zajęli Aku Orraca-Tetteh i Loren Humphrey). Na uwagę i wielkie uznanie zasługuje z pewnością fakt, że artyści poruszają trudne tematy. Są szczerzy w mówieniu o swoich słabościach, o tym, co ich boli i rani. Nie udają superbohaterów w lśniących pelerynach, ze świetlistymi mieczami i nienagannie ulizanymi włosami. Oczywiście znajdziemy momenty patetyczne, ale… takie bywa życie. Raz beztroskie, radosne po to, by za chwilę podciąć nam skrzydła ciężarem trosk i brutalnością otaczającej nas rzeczywistości, którą notabene kształtują ludzie. Jednak siłą napędową tych skrzydeł jest nadzieja. Tę siłę słychać w głosie Florence i muzyce pozostałych artystów. Jeśli my jej w sobie nie znajdziemy, ogarnie nas ciemność bezradności, zniechęcenia oraz gnuśności. Ugrzęźniemy w błocie i będzie ono jedyną rzeczą, jaką zobaczymy. Przed tym chce nas ustrzec ten album, jednocześnie zapewniając, że ponad chmurami rozciąga się przepiękny świat. Ale aby go osiągnąć, trzeba wzbić się w przestworza – trzeba nie tracić nadziei.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska