Behemoth – „I Loved You At Your Darkest” [RECENZJA]

20/10/2018

 

Na ten album czekało wielu. Pojawiały się pytania o to, w którą stronę zrobi tym razem krok Behemoth i czy następca „The Satanist” utrzyma na podobnym poziomie standard muzyczny ustalony przez zespół w 2014 roku. Spekulacji i debat w środowisku muzycznym było mnóstwo, ale chyba nikt w najczarniejszych snach nie przypuszczał, że płyta zatytułowana „I Loved You At Your Darkest”, zostanie przyobleczona w takie właśnie szaty.

Nie lubię pisać recenzji na szybko. W momencie kiedy dostaję album do przesłuchania potrzebuję dużo czasu, aby dostatecznie się w niego zagłębić, przeanalizować każdy szczegół. Opinia o danej płycie musi się u mnie ułożyć we właściwy sposób, niczym dobrze uwarzone piwo. I podobnie było z ILYAYD – przesłuchałem ten krążek „dzieścia” razy i za każdym kolejnym udawało mi się wyłapać z niego inną cząstkę. Poniższy tekst recenzją – w modelowym rozumieniu tego słowa – nie będzie. Spodziewać się raczej należy swobodnych przemyśleń, które podczas kolejnych przesłuchań płyty nasuwały się bądź z lewej, bądź z prawej strony głowy słuchacza.

 

Po pierwszym przesłuchaniu ILYAYD wniosek nasuwa się sam i jest jasny – to bardzo swobodne dzieło, nagrane jakby z lekkością i bez ustalonego odgórnie kierunku. Na krok nie odstępuje wrażenie, jakby muzycy dali się ponieść własnej inwencji i zerwali wszelkie otaczające ich granice. Bo nie ma tu ani black metalu ani death metalu sensu stricto, z którymi do tej pory wariował Nergal i spółka. Ocenianie tego krążka w porównaniu z dotychczasowymi dziełami w dorobku Behemotha nie ma zbyt dużego sensu, a stwierdzenie, że ILYAYD jest naturalną konsekwencją progresu i rozwoju muzycznego Gdańszczan jest truizmem.

 

Zobacz także: Sunnata – Outlands [RECENZJA]

  

Nie da się ukryć, że czyste partie gitar pełnią rolę wiodącą na tym albumie. Na przestrzeni tych 12. utworów są one bardzo mocno wyeksponowane. Bo weźmy pod uwagę na przykład takie utwory jak: Ecclesia Diabolica Catholica oraz If crucifixion was not enough, w którym główny jego zrąb to czysta gitara i piękny, rockandrollowy bit (Bartzabela nawet nie punktuję). Nie brzmi to jak rasowy utwór Behemotha, prawda? Panowie nie dysponując „metalowymi narzędziami”, chcieli wyrzeźbić kompozycje właśnie w tym gatunku, do którego nas przyzwyczaili. Intensywność gitar i ich szarża ustępuje miejsca nastrojowi i emocjom, które z nieprzesterowanych dźwięków się wydobywają. Zwróćmy również uwagę na Angelvs XIII, gdzie podczas zwrotki subtelnie raczy nas swoim miłym dźwiękiem czysta gitara. Prawda, że przyjemne?

 

Z czystymi gitarami związana jest od pewnego czasu coraz bardziej widoczna maniera Nergala, który próbuje czyścić wokal, doprowadzając go do śpiewu bądź czegoś w rodzaju melorecytacji. Nie brakuje oczywiście dobrego growlu, z charczeniem i zawodzeniem na czele. Te dwa poziomy mieszają się m.in. w God = Dog czy Sabbath Mater. Kolejną kwestią wartą wymienienia tutaj są wszechobecne chórki. Jak nie dziecięce, to Nergalowe. Ok, raz na cały album jeszcze jakoś przejdzie, ale w pierwszych czterech utworach już trochę irytuje. Jak dla mnie chórki w takiej ilości są nieco nachalne i przesycające.

 

Ponadto mamy mnóstwo melodyjności na „I Loved You At Your Darkest”. Wokal, gitary, chóry, o których była wyżej mowa sprawiają, że album zawiera nieporównywalną do poprzedników ilość melodii i dzięki temu płynie w sobie tylko znanym kierunku. A na dodatek nadmienić należy jeszcze 3 inne zabiegi muzyczne stanowiące pewne novum. Po pierwsze bity, które wybija Inferno. No przyznam szczerze, że bardzo duże było moje zaskoczenie podczas słuchania utworów, w których radosna praca perkusji nadaje im nieco dziwnego podczas pierwszego odsłuchu charakteru (znowu do tablicy wywołam If crucifixion was not enough). Rockandrollowe bity są bardzo wyraźnym i mocnym punktem płyty. Blastów i wycieńczającego tempa nie brakuje, ale nie stanowią one dominanty. Bo przecież Angelvs XIII od początku zieje piekielnym ogniem perkusji i gitar, by następnie przejść do akustycznej gitary i popisów Inferno na bębnach. Przyjemnie jest także posłuchać chórów Nergala i frywolnego bębnienia w refrenie Sabbath Mater. Natomiast Rom 5:8to na tym albumie wzorowy przykład, w jaki sposób można wyważyć ciężkość utworu, jego agresję z – i myślę, że to nie będzie nadużycie – iście rockową przebojowością.

 

Sprawa kolejna: na ILYAYD nie ma w zasadzie riffu, który zapada w pamięć na dłużej. Owszem, są takie dźwięki, które mogą zapaść w pamięć (np. Wolves of Siberia, Angelvs XIII, czy Rom 5:8), ale to ciągle nie to samo, co mamy na przykład w Antichristian Phenomenon, Conquer All lub Alas, Lord Is Upon Me. Na tym krążku muzycy postawili sobie zgoła odmienne zadanie niż dotychczas. Skupili się na umelodyjnieniu utworów, skróceniu ich, a to świadczy o chęci do eksperymentowania z formą muzyczną, wyjściu z sideł black/death metalu i chęci dotarcia do szerszego grona odbiorców. Ciężar położony na swobodzie twórczej związanej z intuicyjnym procesem komponowania, przeciwstawiono żmudnemu i pieczołowitemu konstruowaniu zawiłych riffów i połamanych struktur utworów. Dzięki tym rozwiązaniom na ILYAYD da się wyczuć jednocześnie charakter „starego” Behemotha i to, czego dotychczas nie mogliśmy uświadczyć, a co poniekąd zapowiedziane zostało na „The Satanist” (patrz: wyżej). Przesterowane gitary brzmią niejednokrotnie jak tło dla reszty składników. Ich dźwięk zostaje zlany, wycofany i nie wybija się na pierwszy plan. Wydaje się również, że właśnie konstrukcja poszczególnych kawałków została świadomie upopowiona, co było jakby następstwem powyższych manewrów na polu muzycznym. Mamy rozbicie poszczególnych utworów na dwie, trzy cząstki, z których pierwsza stanowi trzon, a kolejne są albo jej radykalnym zaprzeczeniem (If crucifixion was Enough, We are the Next 1000 Years), albo stanowią jej uzupełnienie, przedłużenie (Angelvs XIII, Rom 5:8).

 

Cóż można stwierdzić na zakończenie? Bez ferowania wyroków można śmiało stwierdzić, że to chyba najbardziej swobodny album w dorobku Behemotha, bez jednoznacznego kierunku muzycznego. Z pewnością ci zagorzali fani będą mieć za złe, że zespół odszedł tak bardzo od linii black/death metalu i skręcił w ponure zaułki innych muzycznych pokus. Dla nieprzekonanych dotychczas do twórczości polskiej kapeli ILYAYD stanowić może kamień milowy i tezę, że jednak da się tego słuchać i posiada to nawet walory artystyczne. Natomiast dla tych, którzy kojarzyli Behemotha z jedzeniem kotów, odmawianiem różańców na wspak i wszechobecną blasfemią jest nadzieja, że dalej pozostaną w tym samym miejscu. Bo w końcu Nergal mógł zrezygnować z blastów, pożerających riffów i odrażającego growlu, ale z obrazoburstwa i ze świętokradztwa już z pewnością nie. 

 

Zobacz także: Lion Shepherd – „Heat” (recenzja)

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska