Entropia – „Vacuum” [RECENZJA]

10/11/2018

 

Nigdy nie przepadałem za Entropią. Pierwszy jej album zginął gdzieś w odmętach mojej pamięci, a „Ufonaut” choć zdecydowanie lepszy, też na długo nie zagościł na mojej liście ulubieńców. I dlatego też z bardzo dużą rezerwą, by nie powiedzieć z lekką nutą niechęci podchodziłem do przesłuchiwania trzeciego krążka oleśnickiej formacji, zatytułowanego „Vacuum”.

Przeraziło mnie tych sześć utworów, z których cztery już z daleka wyglądały na prawdziwe monstra o długości 10. minut i więcej. Dość powiedzieć, że cały album liczy sobie jakąś godzinę, więc łatwo było mi domniemywać, że będzie to albo coś z serii „długie w cholerę i bardzo nudne” albo „napakowane po uszy przeróżnymi dźwiękami i do tego solidnie zagmatwane”. Jak się potem okazało, strach tylko pozornie miał wielkie oczy.

 

Z tym naszpikowaniem albumu dźwiękami to akurat prawda. Od początku czuć, że zapowiada się na potwornie złożony krążek. Sztuką nie jest jednak napchać w kilka utworów tyle riffów, że głowa boli już po pierwszym odsłuchu piętnastominutowego utworu. Co innego zrobić to w taki sposób, by słuchacz żądał jeszcze więcej nawet po tych kilkunastu minutach od rozpoczęcia albumu. Obecnie w muzyce, a w szczególności na jej bardziej awangardowej płaszczyźnie, bezrefleksyjnie przyjmuje się czasami niekoniecznie prawdziwe przekonanie, że „im więcej, tym lepiej”. Są i tacy, co uważają, że jeśli zespół wrzuci na album 100 riffów, a w jednym utworze metrum będzie się zmieniało z 3/8 na 12/8 i 7/9, to jest to oznaka jego geniuszu i wyrafinowania. Nic bardziej mylnego. W muzyce nie chodzi o szprycowanie jej sterydami jak w dopingu. Wszystko trzeba wyważyć i zaprojektować tak, by było przyjemne w słuchaniu i nie było dysonansem. Chyba, że słuchamy zespołu Portal, gdzie kakofonia kotłuje się z pokręconą dysharmonią i wprawia każdego w przedziwny okołomuzyczny trans. Nawiasem mówiąc, uwielbiam ten zespół.

 

Wróćmy jednak do meritum. Chciałem wyraźnie podkreślić, że „Vacuum” jest co prawda kolosem, ale takim w którym elementy składowe zostały odpowiednio wyważone. A ciężko jest pogodzić black metal, sludge, psychodelę, elektronikę, doom i inne elementy obficie wykorzystane z pozostałych podgatunków metalu. No właśnie. Entropia na „Vacuum” zapędza się w rejony, które dotychczas były przez nią omijane. Sporo tego jest i rzeczywiście może się wydawać zadaniem niemożliwym odnalezienie wspólnego mianownika. To co muzycy uzyskali, to na pierwszy rzut oka iście surrealistyczna mieszanka.

 

Zobacz także: Behemoth – „I Loved You At Your Darkest” [RECENZJA]

Album zaczyna się niespiesznie, by po chwili dać słuchaczowi solidnego, gitarowego łupnia z pięknymi blastami. Jest bardzo dużo przestrzeni. Otaczające dźwięki sprawiają wrażenie, jakby całość dryfowała gdzieś po kosmicznej przestrzeni. Entropia z początku hipnotyzuje i daje złudne wrażenie jednostajności. Po chwili jednak wprowadza motyw muzyczny, który będzie się jeszcze kilka razy w albumie przewijać. Przypomina mi on spektakl uliczny, który miałem okazję gdzieś kiedyś w Polsce zobaczyć. Mam przed oczami aktorów przebranych w dziwaczne maski, kręcących się po okręgu i tańczących właśnie do takiej muzyki. I jeszcze ten specyficzny rytm perkusji rodem z muzyki elektronicznej czy z krautrocka. Słuchacz kręci się w tym szaleńczym tańcu przez dobrych kilka minut. Motyw ten jak już wspominałem, powraca kilkakrotnie, przerywany silniejszymi akcentami. Słychać echa Oranssi Pazuzu, które de facto znajdują się we wszystkich kompozycjach. Końcówka utworu to już jednak kawał ciężkiej, gitarowej pracy.

 

Podobny motyw, nazwijmy go teatralnym, powraca również w drugim kawałku. Znowu wpada się w szaleńczy wir psychodelicznego korowodu. I w najmniej oczekiwanym momencie słuchacz zostaje brutalnie potraktowany przez muzyków. Gdy wydaje się, że utwór dość spokojnie płynąc będzie w psychodelicznym rytmie, Entropia zasypuje gradem blastów i niskimi, ociężałymi dźwiękami gitar. Dalej jest podobnie. „Astral” również rozpoczyna się niepozornymi dźwiękami, by po chwili przejść do miażdżenia. W „Vacuum” dominuje ponownie teatralny rytm, jakby zapraszający dalej w krąg tańca z maskami. Cały czas słuchacz wyczuwa wiszący w powietrzu niepokój i spodziewa się uderzenia znienacka. I nie zawodzi się. „Hollow” to jakby spokojniejszy utwór, który płynie własną drogą w tej przestrzeni zarysowanej przez poprzednie kawałki. Jest w nim więcej spokoju, melodii. Nawet wokal, zredukowany na „Vacuum” do minimum, bazujący głównie na szaleńczych krzykach, tutaj próbuje wydobyć nieco więcej melodii. Kolejny kawałek „Endure” od początku wbija w ziemię. Raz nieco zwalnia, raz przyspiesza ponownie. Dużo w nim chaosu i poplątania. Idealnie wieńczy on całe dzieło Entropii, dodając jeszcze więcej transowego nastroju zbudowanego już i tak na dostatecznym poziomie w ciągu wcześniejszych 50. minut.

 

Wydaje się, że eksperyment pod nazwą „Vacuum” muzycy z Oleśnicy mogą zapisać jako udany. Wachlarz brzmieniowy, jaki przedstawili na tym albumie, na oko wygląda aż za bogato. Generalnie jednak układa się w całość zdolną do samodzielnego istnienia oraz obrony przed atakami. Czy to jest granica możliwości zespołu? Czy na następnym albumie sięgną jeszcze głębiej? Jeśli uda im się osiągnąć znowu coś na poziomie „Vacuum” to ja jestem jak najbardziej na „tak”.

 

Zobacz także: Riverside – „Wasteland” [RECENZJA]

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska