Red Scalp – „Lost Ghosts” – recenzja płyty

19/11/2017

 

Często, w szczególności po ciężkim dniu w pracy, człowiek potrzebuje relaksu, odprężenia i ucieczki od codziennych, wrednych i wysysający zeń życie obowiązków. Jak wszyscy wiemy, najlepszym remedium na powyższe dolegliwości jest dobra muzyka. A jeszcze lepiej, gdy jest ona rzeczywiście w stanie otrzeźwić umysł i zabrać w instrumentalną podróż do nieznanych światów, gdzie napisana historia da się opowiedzieć w niepowtarzalny i poruszający sposób.

„Lost Ghosts” to drugi długogrający album pochodzącej z Pleszewa i Poznania niezależnej formacji Red Scalp, reprezentującej nurt muzyki określany jako stoner rock/metal. Wydany w lutym 2016 roku debiut, zatytułowany „Rituals”, zdobył bardzo pochlebne opinie wśród znawców i krytyków gatunku. Zespół w swojej twórczości czerpie inspiracje z motywów indiańskich Ameryki Północnej, co ma odbicie zarówno w warstwie muzycznej, jak i na okładkach poszczególnych wydawnictw. Na szacie graficznej minialbumu EP No. I widnieje bowiem stary indiański przywódca plemienny, na „Rituals” widzimy upiorną postać przypominającą Indianina siedzącego na koniu, a w logo kapeli nie można nie wychwycić okalających go dwóch strzał rodem z plemienia Apaczów.

 

Na albumie od początku dostajemy to, co obserwować mogliśmy już wcześniej na pierwszej EP-ce zespołu, jak również na „Rituals” – przewagę warstwy instrumentalnej nad liryczną. Do tego ciężkie, domowe dźwięki pętające słuchacza od pierwszych sekund, a wszystko to doprawione jest nutą psychodelii.

 

„Portal” stanowi rodzaj wstępu do albumu. Jest zaproszeniem, które kwintet śle nam już na samym początku, zmuszając, abyśmy wygodnie rozsiedli się na fotelu lub też, co bardziej adekwatne do proponowanej konwencji, przy bujnie żarzącym się ognisku i fajce napchanej pierwszej jakości tytoniem. Po niecałych trzech minutach rozpoczyna się wywoływanie tytułowych „zaginionych duchów”. Dostajemy uderzenie gitar i perkusji z łagodną wstawką w stylu country, co ma nas subtelnie wprowadzić w klimat i przypomnieć, że znajdujemy się w XIX-wiecznej Ameryce.

 

Złaknieni dalszej przygody po amerykańskich równinach docieramy do kawałka „Faces”, który buja nami niczym jazda konna po nierównej drodze. Tutaj również po raz pierwszy pojawia się delikatny, jakby słyszany z daleka wokal. Jest tu dużo przestrzeni i chwytliwe solo. Pod koniec trochę przyspieszamy w stylu Black Sabbath, by przez kolejnych dziesięć minut pozostać przy trzecim utworze – „Lost Ghosts”.

 

Tytułowy numer rozpoczyna się, powiedzielibyśmy, charakterystycznie. Ślamazarne tempo, ktoś przez megafon wykrzykuje jakieś frazy, aż w pewnym momencie pojawia się otumaniający, hipnotyzujący wokal pod łagodne partie basu i perkusji. Aż chce się w tym psychodelicznym transie pozostać jak najdłużej. Niestety, mniej więcej w połowie utworu czeka nas miłe zaskoczenie – nagła zmiana tempa i świetna solówka na saksofonie (sic!). A potem jakieś syntezatorowe dźwięki w niemenowej niemal manierze.

 

W taki sposób przechodzimy do „Mantra Bufala”, czyli magicznej, rytualnej formy związanej z bizonem, jeśli mnie wzrok nie myli, pamięć nie zawodzi, a kulejący język hiszpański dopomaga. Indiańskie pokrzykiwania i tętniąca perkusja to tylko faza wstępna do dalszej, zagmatwanej dźwiękowo i halucynogennej części utworu. Towarzyszące odgłosy krzyków i przedziwne skandowanie dają nam do zrozumienia, że znajdujemy się w centrum jakiejś pogoni lub batalii. Pod koniec nieco zwalniamy, by usłyszeć triumfalne okrzyki po dotarciu do wioski.

 

W tym momencie następuje ostatni utwór na płycie. Znowu słyszymy zamglony wokal, znowu jest gęsta przestrzeń, saksofon, powolne, ciężkie gitary i dudniący bas. W międzyczasie pojawi się fortepian, a także space-rockowy motyw dźwiękowy, których zadaniem jest przygotowanie nas na finał. Koniec nastąpi niespodziewanie, poprzez powtórzenie gitarowej frazy z początku albumu.

 

„Lost Ghosts” to krążek bardzo dobry. Jako człowiek niebędący wielkim fanem tego gatunku, a raczej lubiący od czasu do czasu zapuścić sobie stonerowe klimaty, muszę szczerze jedno oddać albumowi Red Scalp. Mianowicie to, że on się po prostu nie nudzi. Często jest tak, że słuchając tego typu muzyki słuchacz wpada w jej niecne sidła i zwyczajnie staje się z czasem znudzony, głównie za sprawą monotonnych, powolnych riffów, które grane są często nieustannie przez kilka minut. W tym przypadku jednak tak nie jest. Być może staje się to możliwe dzięki zastosowaniu paru nieoczywistych instrumentalnych rozwiązań – saksofonu, fortepianu, dźwiękowej kakofonii w kilku miejscach, co jest swego rodzaju egzotyczną przyprawą do tego – powiedzmy kolokwialnie – oklepanego dania. W ogólnym rozrachunku „Lost Ghost” wypada, w świetle innych albumów z polskiej sceny ciężkiej muzyki, bardzo pozytywnie.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska