Tom Petty – ikona kalifornijskiego rocka

22/10/2017

 

Po śmierci Toma Petty’ego The Guardian napisał: „Petty był fanem muzyki w takim samym stopniu, w jakim sam był muzykiem. Był świadomy tego, że styl, który uczynił go człowiekiem sukcesu, był wzorowany na stylu artystów, których uwielbiał, a jednocześnie stanowił dla nich hołd. Syntetyzując ukochane dźwięki stworzył z nich coś całkowicie swojego”. O jego życiu i karierze wiele napisano tuż po jego śmierci, jednak wydaje mi się, że ja, jako fan muzyki, muszę wypowiedzieć tych kilka słów od siebie.

Petty zapomniany

 

Tom Petty stawiany jest przez wielu obok Boba Dylana na orbicie muzyków, którzy za sprawą swych tekstów poruszali serca wielu i docierali do społeczności naprawdę potrzebujących takich piewców codzienności i bardów doraźnych spraw. W naszym kraju jednak muzyka Toma Petty’ego jest, jak to bywa w przypadku twórców rzeczywiście zasługujących na uznanie, niedoceniana, jakby zapomniana lub w ogóle nieobecna. Być może jest tak właśnie ze względu na ów southernowy charakter jego muzyki, która nam, ludziom wychowanym w zupełnie innej kulturze i środowisku, wybitnie kojarzy się z muzyką country (która notabene jest w linii prostej matką chrzestną rock and rolla). A ta, powiedzmy sobie szczerze, nie jest szczególnie popularna i ubóstwiana w Polsce. W końcu „kalifornijski rock” czy „southern rock”, jak wielu określa gatunek muzyczny, w obrębie którego zawsze poruszał się Petty, czerpał garściami z innych, pokrewnych mu, takich jak: blues, folk czy właśnie country. Taki eklektyzm, wyraźnie wyczuwalny w twórczości Petty’ego, nie przypadł nam do gustu w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. I raczej już nie przypadnie, choć muzyk skomponował kilka bądź kilkanaście rozpoznawalnych na całym świecie utworów. Tylko, że z utworami Petty’ego jest tak samo jak z „The Unforgiven” czy „Nothing Else Matters” Metalliki – ludzie znają te utwory, ale gdy powiesz im, że to Metallika, to reagują tak: „Naprawdę!? Nigdy nie przypuszczałem, że to właśnie Metallika! Wow!”.

 

 

Królewska inspiracja

 

Niewielu z nas ma szansę poznać osobiście swoich muzycznych idoli. Petty’emu się to udało. Na plan filmu „Follow That Dream”, w którym grał Elvis Presley, Petty pojechał ze swoją kuzynką i wujostwem, Earlem i Ellen. Oni też zorganizowali całe to przedsięwzięcie. W miejscowości Gainesville, gdzie znajdował się plan zdjęciowy, zebrał się olbrzymi tłum, by obserwować znienacka pojawiającą się ławę białych Cadillaców. Niebawem oczom małego Tommy’ego, a także zebranych gapiów, ukazał się sam Elvis. Podszedł do wujka Earla i ciotki Ellen, którzy przedstawili mu zaskoczone całą sytuacją dzieci. Król rock and rolla uśmiechnął się do nich i skinął głową. Wydarzenie to ogromnie wpłynęło na Petty’ego. Zdecydował, że zostanie muzykiem, właśnie tak, jak jego idol. Młody chłopak rozpoczął również kolekcjonowanie wszystkiego, co kojarzyło mu się z Elvisem. Było to „królewskie” spotkanie godne pozazdroszczenia.

 

Rechoczący wokal

 

Przez niektórych krytykowany, przez innych uwielbiany – mowa tu o charakterystycznym wokalu Toma Petty’ego, który stał się jego znakiem rozpoznawczym. Nosowa barwa, podsycana dziwnym, południowoamerykańskim akcentem, z początku faktycznie mogła nie przypaść do gustu słuchaczom. Jednak z tej swojej niezbywalnej maniery Petty uczynił muzyczny walor. Wyobraźmy sobie, jak brzmiałoby kultowe już dziś „Learning to Fly” bez tego nietypowego zaciągania i pojękiwania.

 

Współpraca z idolami

 

Zespół The Travelling Willburys był projektem, którego żywot zakończył się stosunkowo szybko (1988-1990), ale zdążył odcisnąć piętno na muzyce końca lat osiemdziesiątych i oczywiście na samym Pettym. Możliwość grania w jednej formacji z idolem z dzieciństwa, jakim był George Harrison, a także z Bobem Dylanem, Jeffem Lynne’m oraz Royem Orbisonem, była z jednej strony wielkim zaszczytem, lecz także dużym zobowiązaniem. The Travelling Willburys stanowili supergrupę działającą jak jeden wielki organizm. Każdy z wymienionych muzyków odpowiadał za coś innego. Orbison uosabiał jakość i uznanie. Był żywą legendą i posiadał ogromne doświadczenie, podobnie jak Harrison. Lynne nie tylko instrumentalnie wspierał muzyków, lecz sprawdził się perfekcyjnie jako producent obu krążków (wraz z Harrisonem). Dylan był gościem nie z tego świata, uwielbianym w Ameryce i na świecie, a Petty, ze swoim rechoczącym głosem, był właściwym, brakującym elementem tej wielomuzycznej układanki.

 

Cicha śmierć

 

Przed śmiercią muzyka nie było w ogóle słychać o jakichkolwiek problemach zdrowotnych. Petty zawsze cenił swoją prywatność i nie był osobą ani nad wyraz medialną, ani afiszującą się w celu pozyskania jeszcze większej sławy. Nie. Ten człowiek doskonale znał wartość swojej twórczości i samego siebie. Ta cicha, indywidualna śmierć tylko to potwierdza. I być może po jej nagłośnieniu postać Petty’ego powróci do łask, jego muzyka zostanie odświeżona, a on sam nie ulegnie zapomnieniu. Bo cóż nam pozostanie za kilka lat, gdy zapomnimy o tych, którzy wytyczali muzyczne ścieżki i kształtowali świadomości młodych ludzi w czasach, kiedy nas jeszcze nie było? Szczególnie dziś potrzeba takich autorytetów, potrzeba muzyków przez duże „M”.

 

Na ostatnim albumie nagranym z The Heartbreakers w 2014 roku, „Hypnotic Eye”, znajduje się utwór pt. „Forgotten Man”. I niech poniższy cytat z niego będzie dla nas swoistą przestrogą:

 

 

Well I feel like a forgotten man

I understand the dark

When it hangs upon the water

When the wolves and dogs all bark

Well I feel like a forgotten man

I feel like a forgotten man.

 

 

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska