Inferno – Robert Langdon siedem lat później

 

Ron Howard powraca z nową częścią opowieści o przygodach profesora Roberta Langdona. Fani powieści Dana Browna długo musieli czekać na „Inferno”. Doczekali się jednak kolejnej ekranizacji tej historii. Czy było warto?

Robert Langdon (Tom Hanks) powraca w iście wariackim stylu. Budzi się w szpitalu, z potwornymi bólami głowy, nie pamiętając powodu, dla którego znalazł się w takim położeniu. Zastanawiają go również wizje apokalipsy, które pojawiają się w jego umyśle. Także widz jest zaskoczony takim rozpoczęciem filmu, które pobudza w nim ciekawość, co takiego się wydarzyło lub też wydarzy. Taki zabieg wskazuje wyraźnie na to, że całej historii dowiemy się z dalszej fabuły „Inferno”. Można mieć jednak wrażenie lekkiego zagubienia. Z pomocą przychodzi nam doktor Sienna Brooks (Felicity Jones), która informuje bohatera, gdzie się znajduje. Wspólnie starają się odkryć, co wydarzyło się tego wieczoru, kiedy Langdon znalazł się w szpitalu we Florencji.

 

„Inferno”, jak to u Browna bywa, nie jest powiązana fabułą z poprzednimi częściami. Do tej pory, zarówno w „Kodzie da Vinci”, jak i „Aniołach i demonach”, zagadki, którym musiał stawić czoła bohater, miały charakter religijny. W najnowszej części autor odbiegł od tej zasady. Mamy do czynienia z bombą naturalną, wirusem, który próbuje przejąć WHO (Światowa Organizacja Zdrowia działająca z ramienia ONZ). Jak jednak na fascynacje Browna przystało wskazówki dotyczące rozwiązania zagadki stanowią dzieła sztuki, związane z twórczością Dantego.

Tempo akcji jest szybkie, ale nie jest to pozytywna strona filmu. Robert Langdon zawsze z łatwością rozwiązywał stawiane przed nim zagadki, tym razem jednak łatwość, z jaką przychodzą mu odpowiedzi jest zatrważająca. Nierealność, typowa dla Browna, osiągnęła poziom absurdalności a sceny, które pozornie mają trzymać widza w napięciu, okazują się śmieszne.

 

Muzyka stworzona, podobnie jak w dwóch poprzednich częściach, przez Hansa Zimmera podkręca napięcie zaczynając jednocześnie grać pierwsze skrzypce w filmie. Do tej pory obraz i gra aktorska komponowały się bowiem z tłem muzycznym. Wszystko ze sobą współgrało, tworząc całość przyjemną w odbiorze dla oka i ucha. W „Inferno” muzyka stara się ratować to, co słabe.

 

Zdjęcia utrzymują poziom poprzednich części. Może nie są wybitne, ale w wielu scenach zachwycają. Być może to też kwestia samych miejsc, w których kręcono „Inferno”: Florencja, Wenecja, Stambuł oraz Budapeszt. Bez względu na to, od czego było to zależne, do zdjęć nie można się przyczepić.

 

Co zatem, oprócz absurdów fabuły, stanowi o przeciętności „Inferno”? Z całą pewnością i przede wszystkim gra aktorska. Uwielbiam Toma Hanksa. Do tej pory nie miałam mu nic do zarzucenia, jako profesorowi Langdonowi. Każdy z nas jednak się starzeje. Siedmioletnia przerwa od tej roli sprawiła, że aktor nie przypomina już tego samego Roberta. Coś w jego grze stało się zniedołężniałe. Nie pomogło nawet pofarbowanie siwiejących włosów na czarno. Mam też sporo żalu do Elizabeth Sinskey. Aktorka oprócz premiery „Inferno” w tym roku ma za sobą również udział w serialu „Westworld”. Tak się składa, że mogę porównać obie kreacje, w które się wcieliła. Zarówno w „Inferno” jak i w „Westworld” zagrała identycznie. Nie mogę zatem powiedzieć, żeby którakolwiek z tych ról była wybitna, choć podoba mi się styl jej gry.

Pojawiła się jednak jedna rola, która przypadła mi do gustu i była to postać Sienny Brooks. Felicity Jones już sama w sobie ma coś takiego, co z pozoru budzi nasze zaufanie. Umiejętnie odegrała rolę tak różnorodną i ukazała widzom postać, która walczy wewnętrznie ze skrajnościami. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, iż zdominowała „Inferno” aktorsko.

 

Najnowsza część ekranizacji stworzonej przez Howarda jest najsłabszą z dotychczasowych. Być może jest to kwestia zbyt długiej przerwy między „Aniołami i demonami” a „Inferno”. Być może to sprawka słabego scenariusza. Jeśli jednak miałabym decydować, czy kupić bilet do kina na ten film – szkoda by mi było pieniędzy. Prawdziwi fani historii Browna z całą pewnością nic nie stracą oglądając ten film w domu, zamiast na wielkim ekranie. A ja sama zastanowię się dwa razy zanim wybiorę się na kolejną część, jeśli tylko uda mi się jej doczekać.

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska