Ania z… Teatru Muzycznego

22/10/2016

„Ania z Zielonego Wzgórza” jest tytułem większości z nas kojarzonym z wersją książkową, aniżeli sceniczną. Historia ta do dziś wzrusza, bawi i cieszy się popularnością nie mniejszą niż przed stu laty, w momencie wydania. To właśnie ona stała się nową propozycją w repertuarze Teatru Muzycznego.

 

Musical powstał z myślą o widzach najmłodszych, których nie zabrakło na widowni podczas wczorajszej premiery. Przydługiej, po pierwsze, bo trzygodzinny spektakl znacznie wykracza poza możliwości poznawcze dziecka. Będącej średnio ciekawą przygodą intelektualną, po drugie, dla widzów, którzy przyszli po coś więcej niż dość ciekawie podaną historię, z efektowną scenografią i dobrze brzmiącą muzyką w tle.

 

Musicalowa wersja znanej powieści kanadyjskiej pisarki nie wprowadziła żadnych innowacji związanych z akcją. Schemat fabularny pozostał ten sam. Bohaterów – Marylę Cuthbert i jej brata Mateusza  poznajemy w momencie, kiedy oboje czekają na obiecanego chłopca z domu sierot, a ów chłopiec okazuje się niezwykle specyficzną dziewczynką o rudych włosach i wesołej twarzy upstrzonej piegami. Pierwsze miesiące Ani Shirley spędzone w Avonlea są opowiedziane szczegółowo. Akcent pada na relacje, które rodzą się pomiędzy Anią a jej opiekunami, Dianą, Gilbertem i innymi mieszkańcami miejscowości. To czas, kiedy mamy niepowtarzalną szansę poznać i polubić dziewczynkę. To drugie nie przychodzi łatwo, bo Patrycja Baczewska, wcielająca się w rolę Ani, sięgnęła po dość specyficzne środki artystycznego wyrazu służące wykreowaniu swojej postaci. Trudno nie odczuć przytłoczenia wielomówstwem bohaterki, ciężko ją niekiedy zrozumieć, gdyż ilość wypowiadanych przez nią słów na minutę bywa naprawdę imponująca. Jej euforyczna postawa wobec świata i życia połączona z dziecięcą naiwnością, uporem i specyficznymi manierami, a właściwie ich brakiem, wydaje się może zanadto przerysowana, zbyt karykaturalna. Jest jednak w tej postaci coś, co sprawia, że nie da się pozostać wobec niej obojętnym i choć na początku może irytować, z biegiem czasu Ania staje się po prostu ujmująca.

 

Pisząc o tym musicalu warto wspomnieć o dwóch męskich rolach, dobrych, nadających mu wyrazu. Zaryzykuję stwierdzeniem, że większość czytelników Ani z Zielonego Wzgórza" wyobrażało sobie Mateusza Cuthberta dokładnie tak jak zagrał go Paweł Stanisław Wrona. Postać nieco introwertyczna, pełna wewnętrznego spokoju, dobra i mądrości. Ukazana bez taniego efekciarstwa. Również Jarosław Cisowski stworzył interesującą sceniczną kreację. Jego pan Phillips to przezabawny w swej stanowczości i srogości nauczyciel będący postrachem uczniów.

 

Zabiegiem, który nie do końca udał się reżyserowi (Mariuszowi Siedlerowi) była błyskawiczna zmiana tempa akcji, która dokonała się tuż po drugim antrakcie. Nagle Ania kończy szkołę, Mateusz umiera, główna bohaterka decyduje się na posadę miejscowej nauczycielki i rezygnuje ze stypendium. Chwilę wcześniej widownia oglądała scenę, w której Ania staje się właścicielką upragnionej bufiastej sukienki, o jakiej marzyła przez całe swoje dzieciństwo.

 

Zupełnie naturalne jest, że nie sposób objąć całej fabuły książki w scenariuszu teatralnym, lecz stwarzanie tak ogromnych dysproporcji czasowych między kolejnymi „rozdziałami” z życia Ani nie było dobrym pomysłem. To samo dotyczy wątku romantycznego, jeśli o takim w ogóle można mówić. Gilbert Blythe początkowo nazywa Anię Shirley marchewką, po czym kilkukrotnie podejmuje próbę przeproszenia jej za to. Ania, poza nieprzyjęciem tych przeprosin i trwaniem w dumie, raczej się do niego nie odzywa. Wyjątek stanowi sytuacja, w której dowiaduje się, że młody mężczyzna zrezygnował z posady nauczycielskiej na jej rzecz.

 

Słusznie więc jedną z ostatnich scen spektaklu, którą bohaterowie kończą pocałunkiem, siedzące za mną dziecko skomentowało „O nie!”.

Miłe dla oka i ucha są partie zbiorowe, w których pojawia się muzyka i choreografia. Musical warto zobaczyć, chociażby po to, by móc wyrobić sobie o nim zdanie. Nie jest z pewnością arcydziełem powalającym artystycznie, jednak ma w sobie coś, dzięki czemu opowiedziana historia nabiera kolorytu, pewnego ciepła i radości, które udzielają się widzowi, co, szczególnie na tę porę roku, może okazać się bardzo przydatne.

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnie posty
Please reload

RSS Feed

Skontaktuj się z nami

Znajdziesz nas:

  • Facebook Social Icon
  • Instagram Social Icon
  • snapchat dailyvibes
  • YouTube Social  Icon

DailyVibes - kulturalny, lifestylowy portal.
Znajdziesz tu: recenzje filmów, książek i spektakli, zdrowe przepisy, artykuły o zwierzętach, publicystykę, ciekawostki o zdrowiu, urodzie i sporcie.
Codzienna dawka pozytywnych wibracji!

Warszawa, Polska